or There and Back Again with photographs

Almaty, największe miasto Kazachstanu i nieoczekiwane spotkanie z polską społecznością

Dzień 164

Podróż minibusem z Bishkeku do Almaty trwała około 5 godzin, normalnie pewnie mniej, ale akurat w nocy spadł śnieg i warunki drogowe były niekorzystne. Almaty to była stolica i największe miasto Kazachstanu (żyje tu prawie 2 mln osób). 20 lat temu przeniesiono stolicę do Astany. Według wersji oficjalnej: ze względu na zbyt dużą aktywność sejsmiczną na południu Kazachstanu, natomiast wersja nieoficjalna brzmi, że to ze względu na zbyt dużą ilość Rosjan na północy. Przenosząc stolicę, a wraz z nią wszystkie ośrodki administracyjne i większość siedzib firm, zmuszono do przeprowadzki sporo Kazachów.

Od wjazdu do Almaty widzimy, że wiedzie im się lepiej niż w Bishkeku. Pierwsza moja obserwacja – nowe okna w budynkach, w Biszkeku normą były stare, drewniane okiennice, tu wygląda to inaczej. Poza tym mnóstwo Lexusów na ulicach, wielopasmówki w mieście, wielkie centra handlowe, szklane budynki, kawiarnie Starbucks, KFC, Burger King (to ciekawe, ale w całym Kirgistanie nie widzieliśmy ani jednej amerykańskiej sieciówki). Jak to możliwe, że po upadku Związku Radzieckiego jednemu państwu wiedzie się na pierwszy rzut oka dużo lepiej od drugiego, skoro są podobnie położone, tak samo przemysł upadł a specjaliści wyemigrowali? Odpowiedź jest prosta – w Kirgstanie mają góry i barany, a w Kazachstanie jest jeszcze ropa naftowa.

Nocujemy najbliższe dwie noce u Madiego, couchsurfera. Madi jest w naszym wieku i od trzech lat pracuje w korporacji doradczo-audytowej EY. Mieliśmy się z nim spotkać w wieżowcu, gdzie ostatnio spędza prawie cały swój czas, czyt. pracuje. Okazał się być chyba najbardziej prestiżowym szklanym budynkiem w okolicy. Recepcja na wysoki połysk, a my wchodzimy w trekach, przybrudzonych kurtkach z plecakami. Czułam się równie na miejscu jak wół do karety. Na szczęście Madi szybko do nas zszedł. Zaprowadził nas do swojego mieszkania, pokazał, gdzie można zjeść coś tanio i wrócił do pracy. „Coś taniego” okazało się być pyszną wyrazistą koreańską zupą kuk-si: nudle w kwaśnym rosole z kiszoną kapustą kimchi, mięsem i jajkiem. W Kazachstanie jest podobno sporo koreańskich knajp, podobnie uzbeckich.

Kuk Si.

Kuk Si.

Wieczór spędziliśmy przy kawie z Madim. Mieszka sam w mieszkaniu, które kupili mu rodzice, studiował ekonomię w Malezji, Chinach i UK. Zna płynnie rosyjski, angielski i trochę chińskiego. Pytamy, czy też kazachski. Okazuje się, że nie, zna może kilka słów, bo jego językiem ojczystym jest rosyjski. Po kazachsku (podobnym do kirgiskiego i tureckiego) mówią raczej ludzie na prowincji (a on jest ze stolycy, no byłej) i jest to nowy trend, który w Kazachstanie się nie przyjął. Szkoły, gdzie naucza się po kazachsku, są gorsze od rosyjskojęzycznych; kazachskich uniwersytetów w ogóle nie ma. Dowiedzieliśmy się też, że język rosyjski w Almaty jest równie „czysty”, co w Petersburgu, bo w zeszłym wieku intelektualistów i artystów zsyłano na wygnanie z Petersburga właśnie na południe Kazachstanu. Pytaliśmy naszego hosta również o religię. Podobnie jak w Kirgistanie większość stanowią wyznawcy Islamu a na drugim miejscu są prawosławni, ale nasz gospodarz nie dorastał w religijnym środowisku, nawet wieprzowinę jada.

Almaty - biznesowe zagłębie.

Almaty – biznesowe zagłębie.

Dzień 165

Przepiękny zimowy dzień. Wybraliśmy się z Madim i jego koleżanką z pracy Eleną na lunch. Elena urodziła się w Mołdawi, ale dorastała już w Almaty. Bardzo otwarta i rozmowna dziewczyna – zabranie jej ze sobą to był sprytny zabieg ze strony nieśmiałego i raczej cichego Madiego. Narzekali, że na parterze ich wieżowca zeszłego lata otworzyli Starbucks i teraz zamiast oszczędzać na podróże tracą na kawę, a ta kosztuje między 10-15 zł, czyli tyle co dwa lunche lub jeden porządny obiadu.

W Kazachstanie mają oczywiście swoją walutę – niezwykle kolorowe tengi. Przykładowe ceny: bilet autobusowy 80 gr, czajnik herbaty 2-3 zł, zupa kuk-si 6 zł, plow (ryż z warzywami i mięsem) w restauracji 13 zł, wynajem mieszkania (50m2) w dobrej okolicy ok 1200 zł. Przy tym wszystkim średnia krajowa netto wynosi około 1600 zł, jednak różnice w dochodach między Almaty a kazachskim stepem są tak olbrzymie, że ta średnia raczej zaciemnia obraz, niż daje jakieś informacje.

Poszliśmy na zwiedzanie miasta. Ograniczyło się to głównie do spaceru parkiem w centrum ozdobionym topornymi rzeźbami obrońców Moskwy i głównym deptakiem miejskim- Arbatem. W rzeczywistości nazwa ulicy brzmi inaczej, ale i tak wszyscy mówią na nią „Arbat”, zainspirowani najwyraźniej moskiewskim deptakiem o tej samej nazwie. Madi pytał, czy na nasze deptaki też wołamy „Arbat”; na szczęście nie. Nasz gospodarz podpowiedział nam, abyśmy ściągnęli aplikację na telefon z przewodnikami audio izi.travel – super sprawa, po ściągnięciu przewodnika dla danego miasta wyświetla się mapa z zaznaczonymi atrakcjami turystycznymi (budynek, pomnik, ulica, sklep), o których można posłuchać w aplikacji. Działa off-line, wystarczy włączony GPS.

Wieczorem znów z Madim i Eleną wybraliśmy się do bardzo klimatycznej uzbeckiej restauracji, znanej z plowu. Dziwnie po polsku brzmi ten przymiotnik – uzbecki – kojarzy się negatywnie z UB, a tu chodzi tylko o Uzbekistan! Plow to bardzo ważne danie w kulturze środkowoazjatyckiej. Można go porównać do hiszpańskiej paelli i to nie tylko ze względu na dużą zawartość ryżu. Przygotowywanie plowu to aktywność towarzyska, gotuje się go w wielkich wokach, może to trwać i kilka godzin w międzyczasie biesiadnicy rozmawiają, piją litry herbaty i miło spędzają czas. Takie BBQ w Stanach, czy u nas grill latem. Niestety, jak na złość plow akurat wyszedł, więc musieliśmy zadowolić się innymi daniami. Michał postawił na lagman, a ja, jako że na lagman patrzeć już nie mogę, zamówiłam bezpieczne pierogi ruskie.

Wróciliśmy późnym wieczorem; transport miejski już nie jeździł o tej porze, ale w Almaty prawdopodobnie połowa populacji pracuje dorywczo w branży taksówkarskiej. Wystarczy stanąć na poboczu, pomachać ręką i na pewno w ciągu kilku minut zatrzyma się kilku kierowców gotowych sobie dorobić. A jak nie chcemy się targować z lokalsami i unikamy oficjalnych taksówek są jeszcze dwie popularne aplikacje: wszystkim znany Uber i trochę tańsze działające na tej samej zasadzie Yandeks Taxi.

Cerkiew Almaty

Dzień 166

Od Madiego po trzecim kuk-si z rzędu przetransportowaliśmy się na następnie dwie noce do kolejnych hostów: Aliny i Wasilija zdrobniale zwanego Wasią. Oboje są informatykami, oboje mają dredy i nie wyglądają na swoje trzydzieści parę lat. Ze względu na jasne włosy pytamy, czy mają rosyjskie korzenie. Oni na to, że nie rosyjskie korzenie, tylko po prostu są Rosjanami. Urodziliście się w Rosji? Nie, tutaj. To jakie macie obywatelstwo? Kazachskie, ale jesteśmy Rosjanami. Ciężko nam było nadążyć za tym tokiem myślenia. W Kazachstanie żyje ponad 100 różnych grup etnicznych, łączy je obywatelstwo ale rózni kultura i religia, wszyscy są wobec siebie bardzo tolerancyjni i nie narzucają sobie nawzajem swojego sposobu bycia. W takim kotle kulturowym mogłoby się to źle skończyć. Z drugiej strony trudno mówić o patriotyzmie, jak każdy trzyma się swojej grupy i niekoniecznie identyfikuje z krajem.

Alina i Wasilij byli w Polsce w zeszłe wakacje. Pytani, co im się najbardziej podobało, odpowiedzieli: „pączki”. W te wakacje prawdopodobnie również się do nas wybierają; tym razem na festiwal muzyczny Opener do Gdyni.

Półtora roku temu dewaluowano kazachską walutę tenge, uwolniono podtrzymywany sztucznie kurs. Wszyscy Kazachowie (nawet ci, którzy mówią, że są Rosjanami) mówili nam, że prawie dwukrotny wzrost cen spowodowany został drastycznym spadkiem cen ropy. Jest to wersja rządu, który nie chce się przyznać do nieudolnego i zbyt późnego uwolnienia waluty. Nie będę się zanurzać w tajniki dewaluacji, bo się nie znam, ale faktem jest, że w tej chwili w Kazachstanie trwa kryzys gospodarczy.

Park w Almatach.

Park w Almatach.

Dzień 167

Alina zabrała nas na cały dzień na wyprawę po górach. Pod szczytem na polance wyciągnęliśmy słodką herbatę, chleb, kiełbasę (i to nie byle jaką bo krakowską, do kupienia w Kazachstanie, jak się wie gdzie) i estoński likier. Od razu zrobiło się swojsko i jakoś tak cieplej na duszy. Z góry rozpościerał się widok na Almaty przykryte szarą kołderką smogu; tym bardziej doceniliśmy czyste górskie powietrze.

Almaty są przepięknie położone. Wystarczy wsiąść w samochód czy autobus i po półgodzinie wysiada się przy szlakach wiodących przez 2- czy 3-tysięczniki. Wraz z nami w autobusie jechała ekipa organizatorów Uniwersiady – zimowych igrzysk olimpijskich dla młodzieży, których uroczyste rozpoczęcie już jutro. Jednym z nich był starszy Kanadyjczyk, który, gdy usłyszał, że mówimy po angielsku, pytał nas, czy znamy szczegóły imprezy, jakiś plan. Bardzo narzekał, że jako wolontariusz nie może nigdzie znaleźć żadnych konkretnych informacji, a kazachstańska część organizatorów nic nie robi, tylko dyskutuje o jakichś wyścigach. Wyglądał na mocno sfrustrowanego, niestety nie byliśmy mu w stanie pomóc.

Almaty to jedno z niewielu tak dużych miast, gdzie w ciągu półgodziny z centrum (o ile nie ma korków) można znaleźć się na stokach narciarskich. Nasi gospodarze wolą jednak jeździć do Karakol do Kirgistanu na narty, mimo iż zajmuje to kilkanaście godzin. Mimo odległości jest wciąż taniej. Ceny na stokach przy Almaty są podobne do polskich, jest to dosyć drogo jak na miejscowych. Wynika z tego duży plus dla tych co się jednak na narty wybiorą – pustki na stokach.

Prosto ze szlaku zmęczeni, zmarznięci i bardzo, bardzo głodni przemieściliśmy się ulubionego baru Aliny. Miejsce tym ciekawsze, że ukryte, nad wejściem brak szyldu, w środku praktycznie sami znajomi właściciela. Serwowali tam naprawdę dobre i raczej tanie burgery, w sam raz na regenerację sił.

W górach z Aliną.

W górach z Aliną.

Dzień 168

Postanowiliśmy się przejść dzisiaj na tzw. free walking tour. W dużych europejskich miastach to świetny pomysł na interesującą wycieczkę z przewodnikiem. W Pekinie również byliśmy na takim tourze i był średni, ale ten dzisiejszy był po prostu kiepski. Poza nami był jeszcze tylko jeden facet z Singapuru. W ciągu ponad dwóch godzin dowiedziałam się jedynie, że słowo „almaty” oznacza „miasto jabłka”, bo jabłonie się oryginalnie z tego regionu, a z kolei „astana” to po kazachsku po prostu „stolica”. Ciężko powiedzieć, czy to kwestia anemicznej średnio mówiącej po angielsku przewodniczki, czy same Almaty ze swoim sowieckim budownictwem, gdzie najstarsze budynki są zaledwie z lat 60., są mało interesujące. Po spacerze z przewodniczką wybraliśmy się na duże zakupy i przykro mi to przyznać, ale było to dużo bardziej interesujące.

Po południu zdzwoniliśmy się z Tomaszem – Polakiem mieszkającym w Almaty. Jego numer dostaliśmy od koleżanki żony Kazacha, którego spotkaliśmy w hostelu w Biszkeku. Mocno to skomplikowane, ale jakie magiczne. Tomasz zaprosił nas do siebie na kawę i stwierdził, że razem pojedziemy na imprezę do prof. Rybińskiego. Jakiego profesora? Myśleliśmy, że to luźne spotkanie w kawiarni, a nie domówka i jeszcze u jakiegoś profesora. Wygooglaliśmy jegomościa i okazał się być po pierwsze: byłym wiceprezesem NBP, a po drugie rektorem prywatnej uczelni ekonomicznej w Kazachstanie. Pełni obaw co i kogo zastaniemy na miejscu pojechaliśmy z Tomkiem. Ojejku, ależ trafiliśmy w towarzystwo. Tomek w międzyczasie ujawnił się jako dyrektor Polfarmy na Kazachstan, był też prezes firmy sofwarowej (której nazwy zapomniałam), właściciel kopalni uranu i wiele innych Polaków z sukcesami w przeróżnych działkach. Zaskakująco nie było zadęcia, za to mieliśmy szansę spróbować góry pysznego polskiego jedzenia. Jedną z kulinarnych atrakcji były tak lubiane przez Alinę świeże pączki. Pewną Kazaszkę (żonę Polaka) i mnie poproszono do ich nadziewania. Dostałam jakąś trefną szprycę – więcej dżemu szło na boki zamiast do środka – w rezultacie moje pączki były nadziane mówiąc delikatnie oszczędnie; poszła fama, że to wersja „po poznańsku”. Bawiliśmy się bardzo dobrze, później przyszło też trochę młodszych Polaków, niekoniecznie prezesów firm koło pięćdziesiątki. Dowiedzieliśmy się jak kiepska jest kazachska ochrona zdrowia, jak powszechne jest łapówkarstwo i jak straszna bywa biurokracja. Około 23 trzeba nam było się zbierać, bo lot do Istambułu za 6 h, a my jeszcze nie spakowani. Muszę przyznać, że ta domówka to jedna z bardziej niespodziewanych i miłych rzeczy, które nas spotkały w ostatnim czasie – idealne pożegnanie z Kazachstanem.

*Nie mam pojęcia jak odmieniać nazwę “Almaty”. Na początku traktując to jak liczbę mnogą używałam “w Almatach”, “do Almatów”, ale Polacy poznani u prof. Rybińskiego nazwy nie odmieniali i będę się na nich wzorować.

Ailna, Wasia i My.

Ailna, Wasia i My.

Print Friendly

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail