or There and Back Again with photographs

Bishkek i Czolpon-Ata, czyli pochwała leniuchowania w praktyce

Dzień 146

Bishkek – stolica i największe miasto Kirgistanu. Niby żyje tu prawie milion ludzi, ale kompletnie tego nie widać. Może to z powodu niskiej zabudowy, albo z braku wielkich centrów handlowych? Brak tu typowego dla stolic blichtru. W kilka godzin obeszliśmy tutejsze centrum: smętny park, główny plac z choinką i pomnikiem Manasa. Manas – groźnie wyglądający wojownik na koniu, w większości miast znajduje się jego pomnik, czasem nawet dwa. W końcu musiałam wyszukać kim ów Manas jest. Okazuje się, że to główny bohater wierszowanego eposu o kirgiskiej historii i kulturze; nie wiadomo, czy jest postacią historyczną czy nie. Odpowiednik naszego Piasta Kołodzieja, z tym że przedstawiany z olbrzymią szablą (godną bohaterów anime). Jego imieniem nazwane są tez kirgiskie linie lotnicze – Air Manas, którymi zresztą tu przelecieliśmy, i co do których zastanawiałam się, co to za dziwna nazwa.

Cieszymy się, bo udało nam się umówić na jutro na obiad z kirgiskim couchsurferem. Nie mógł nas nocować, ale stwierdziliśmy, że wspólny posiłek też jest dobrym pomysłem. Nasza podróż jest o wiele, wiele uboższa bez kontaktu z couchsurferami, a tak się niestety złożyło, że w Kirgistanie z wyjątkiem jednej hostki w Karakol wszyscy nam się powykruszali. W ogóle (generalizując strasznie i niepoprawnie) Kirgizki są bardzo ładne. Mają duże delikatnie skośne oczy, co dodaje im egzotyczności, owalne twarze zamiast szerokich kwadratowych jakie widzieliśmy w Chinach, drobne zupełnie nietureckie nosy i dużo się uśmiechają. Myślę, że ten ostatni czynnik działa szczególnie na ich korzyść.

Ozdoba centrum Bishkeku - Manas.

Ozdoba centrum Bishkeku – Manas.

Dzień 147

Spotkaliśmy się na obiad z Mirlanem, kirgiskim couchsurferem. Wraz z nim przyszła również Lauren, jego gość ze Stanów. Dopiero co tu przyleciała i planuje pracować kilka miesięcy w organizacji pozarządowej zajmującej się obroną praw człowieka. Ciekawe, czy jej przyjazd ma związek z grudniowym referendum, kiedy to Kirgizi poparli zmiany w konstytucji dotyczące zwiększenia władzy premiera, małżeństw (tylko heteroseksualnych) oraz (co najważniejsze) znieśli konieczność stosowania się do wyroków międzynarodowych organizacji broniących praw człowieka. To ostatnie argumentowano obroną niezależności kraju, ale nie wiem, czy cieszyłaby mnie taka niezależność.

Mirlan spędził 11 lat studiując za granicą: w Stanach, Chinach i Japonii. Ponieważ studiował ekonomię pytaliśmy go, jak wyglądała i wygląda sytuacja w Kirgistanie. Kompletnie nie znamy się na gospodarce ZSRR, więc to, co będę tu wypisywać, usłyszeliśmy od Mirlana. Po upadku Związku Radzieckiego kirgiska ekonomia zupełnie się załamała. Dopóki ZSRR funkcjonowało w Kirgistanie produkowano części do maszyn, które w połączeniu z częściami z Uzbekistanu i innych -stanów tworzyły jakąś całość, natomiast po jego rozpadzie tak wyspecjalizowane fabryki nie miały racji bytu. Lepiej wykształceni mieszkańcy – Rosjanie wrócili do Rosji. Kirgistan został z niczym. No prawie, bo znajdują się tu bogate złoża złota. Ale co z tego, skoro brak było jakiegokolwiek zaplecza technologicznego, by kruszec wydobywać. I wtedy pojawiają się Kanadyjczycy z inżynierami i maszynami, i to oni do dzisiaj zajmują się wydobyciem kirgiskiego złota. Zysk z kopalni w 60% trafia do Kanady w 40% do Kirgistanu i jest największą składową kirgiskiego PKB. Nic więc dziwnego, że w Kirgistanie prawie wszyscy twierdzą, że za ZSRR było lepiej, bo przynajmniej ze względów ekonomicznych, było. Nijak się to ma do polskiego narzekania „za komuny było lepiej”, które wciąż można usłyszeć; ja to nawet słyszałam i to wielokrotnie w szkole na lekcjach PO (chyba jakaś spóźniona indoktrynacja).

Dzień 148

Spakowaliśmy się i opuściliśmy hostel i jego przemiłą obsługę (musimy koniecznie wystawić im dobre oceny na booking.com). Minibusikiem miejskim przetransportowaliśmy się na „awtowakzal”, skąd odjeżdżały marszrutki nad jezioro Isyk-Kul – wielkie kirgiskie jezioro, położone na 1600 m.n.p.m., które ze względu na zasolenie nigdy nie zamarza. Na samym dworcu mnóstwo, ale to mnóstwo „prywatnej inicjatywy” – samochodów osobowych działających niczym długodystansowa taksówka. I wszyscy stoją i czekają na klienta, a klientów mało, bo zima. Musi być spory problem z pracą, że wolą tak wystawać całe dnie pod dworcem, zamiast zabrać się do jakieś konkretnej roboty. Na szczęście udało nam się przebić do kas, a z kas na oficjalny peron. Dziesięć minut później nasz busik ruszył. Początkowo chcieliśmy jechać do Balykchy, ale po tym jak kilka osób ze zdziwieniem pytało „po co? przecież tam nic nie ma”, stwierdziliśmy, że eee, to może pojedziemy dalej. I tak wylądowaliśmy w Cholpon-Ata. Miasteczko-kurort nad jeziorem, otoczone dramatycznymi ośnieżonymi szczytami. Na mapie zaznaczone mieliśmy tysiąc hoteli, pensjonatów i pokoi gościnnych, ale z nich wszystkich znaleźliśmy tylko trzy otwarte miejscówki. Śpimy w hoteliku o wdzięcznej nazwie „U Tatiany”.

Kuchnia kirgiska zdecydowanie nas nie zachwyca. Jest taka…. nijaka i rozpaćkana, wszystko smakuje tak samo. Zamawiamy lagman – makaron z sosem, zamawiamy gulasz czy kotleta z jajcem – ziemniaki z sosem; wszędzie ten sam zawiesisty pomidorowy sos. Osobiście już nie mogę patrzeć na baraninę, właściwie nie tyle patrzeć, co wąchać. Jeszcze kilka tygodni temu bardzo mi smakowała, ale ile można. Zaczynamy doceniać chińską i wietnamską kuchnię, nawet brakuje nam nudli na śniadanie. W Kirgistanie z tzw. ulicznego jedzenia są tylko głęboko smażone samsy (które można trafić naprawdę paskudne, bo nigdy nie wiesz, co włożono do środka, czy mięso, czy akurat same chrząstki i skórę) albo pierożki – wytrawne racuchy z równie zagadkową treścią. Już śnią mi się po nocach blanszowane brokuły, pieczone łososie i tarty z warzywami.

Okolice Cholpon-Ata.

Okolice Cholpon-Ata.

Dzień 149

Tempo podróżowania znacząco nam zmalało, do tego stopnia, że aż nie wiem, co wypisywać na blogu. Dzisiaj pochwała leniuchowania, albo przynajmniej odpoczynku. Gdy, tak jak dotychczas wyjeżdżaliśmy na 3-4 tygodnie, po powrocie zwykle przydawał się jeszcze dodatkowy tydzień, by odpocząć po samym wyjeździe. Jak jesteś w nowym miejscu i masz relatywnie mało czasu, chcesz zobaczyć wszystko i wszystkiego spróbować. Ostatecznie po takim maratonie wszystkie odwiedzone miejsca zlewają się w jedno, a radość z poznawania nowego miejsca jest skażona narastającym zmęczeniem. Bardzo się cieszę, że pod koniec naszej wyprawy możemy wypróbować inny styl podróżowania – na leniwca. Dzięki temu, gdy za trzy tygodnie wrócimy do Polski, będziemy już wypoczęci i pełni energii by podjąć czekające na nas zobowiązania. Nie wiem, czy w przyszłości przy 20-28 dniach urlopowych można je też tak spędzić; pokusa jest i będzie duża, by je WYKORZYSTAĆ, a nie zmarnować na nicnierobienie… Na studiach miałam okazję wypróbować na własnej skórze (i na własne życzenie) wielozadaniowość i bycie zajętą 16h/dobę. Dawało mi to dużo satysfakcji, ale po czwartym roku byłam psychicznie i fizycznie wykończona. Dobrze się złożyło, że zbiegło się to z naszym wyjazdem na Erasmusa do Hiszpanii. W Andaluzji przez pierwsze miesiące chodziłam, jak to się obrazowo mówi, jak kot z pęcherzem, bo kompletnie nie umiałam sobie poradzić z nową rzeczywistością, z czasem wolnym. Tamten roczny wyjazd dużo mnie nauczył, nie tylko samodzielności i języka hiszpańskiego, ale przede wszystkim nauczyłam się odpoczywać bez wyrzutów sumienia i nie zamierzam dać się pozbawić tej cennej umiejętności w przyszłości. Zmęczona i narzekająca żona, mama, lekarka, czy ktotamjeszcze może narobić więcej złego niż dobrego.

A wracając do Cholpon-Ata. Ładnie tu. Tradycyjnie łazimy na spacery, dotleniając się póki możemy z dala od polskiego smogu. Temat na czasie, a my się cieszymy, że po Chinach mamy już maseczki z filtrem (tak naprawdę to wcale się nie cieszymy, wolelibyśmy, aby już nie były nam potrzebne).
Utrzymujemy kontakt z kilkorgiem spotkanych wcześniej Amerykanów. I tak dostaliśmy na polski adres już dwa listy od „emerytów z Seattle” z ich zdjęciami, z naszymi zdjęciami i z płytą gospel-kolęd. Tanvir, oficer z Alaski, kupił już jakiś czas temu bilety lotnicze do Polski i pewnie się z nim spotkamy na przełomie marca i kwietnia (szukamy też noclegów dla Tanvira, w Poznaniu nocleg już się znalazł; planuje również odwiedzić Gdańsk, Wrocław, Kraków, Warszawę – ktoś ma może wolną kanapę w mieszkaniu?). Ze względu na swoje zainteresowanie tematami wojennymi skończył już z naszego polecenia „Powstanie 44” Davisa, a teraz czyta „Pamiętnik z powstania warszawskiego” Białoszewskiego. Szacun.

Chciałbym wierzyć, że ten 15 latek na koniu akurat miał wolne w szkole, dlatego wypasał owce.

Chciałbym wierzyć, że ten 15 latek na koniu akurat miał wolne w szkole, dlatego wypasał owce.

Dzień 150

Podobnie jak wczoraj – błogie lenistwo. Z nowości: na obiad udało nam się zamówić danie bez sosu – plow. Plow to tutejsza wersja pilawu, czyli ryż smażony z warzywami i mięsem. W kirgiskiej wersji warzywa to starta marchew, a mięsem jest wołowina (nie baranina, uff). W prostej jadłodajni (trzy stoły, ściany w stanie surowym, zamiast drzwi folia rozpięta na metalowym stelażu) w związku z moim pokasływaniem, zaczepiła nas starsza kobieta, mówiąc, że ona jest wrać a ja mam dużo pić, ciepło się ubierać, najlepiej wziąć aspirynę i zaraz mi napisze na kartce, co i jak. Dopiero po chwili skojarzyłam, że wrać to lekarz. Pani poza tym, że konsultuje przy obiedzie, okazała się być wczasowiczką w sanatorium w Cholpon-Ata. Podobno tutejsze powietrze dobrze robi na stawy.
Ciekawostka kulturowa: gdy kelnerka przynosi zamówione przez nas jedzenie, talerz pierwszy dostaje mężczyzna. W zachodnich restauracjach jest dokładnie odwrotnie, zresztą pamiętam, gdy pracowałam w restauracji, pierwsze czegoś się dowiedziałam, to żeby zawsze wszystko najpierw serwować kobiecie, zaczynając nawet od rozkładania sztućców. Co prawda, Michał w swojej szarmanckości zwykle oddawał mi swój talerz, czego kompletnie nie zauważałam do czasu, gdy raz zamiast talerz podać dalej, zaczął jeść. Nie żebym się obraziła (bez przesady), tylko mnie to zdziwiło, ale to wystarczyło, by usłyszeć żartobliwe komentarze o równouprawnieniu. Michał twierdzi, że ta praktyka dotyczyła zarówno Chin jak i Kirgistanu; kurczę, rzeczywiście muszę być mocno skrzywiona kulturowo, że przez ostatnie dwa miesiące nie zauważyłam, jak mąż daje mi pierwszeństwo jedzenia.

Kilka dni temu miał miejsce kolejny nieszczęśliwy wypadek, tym razem angażujący mojego Kindle’a. W skutek uszkodzenia 1/3 ekranu Kindle przestał być funkcjonalny. Michał nie byłby sobą, gdyby nie znalazł rozwiązania tego impasu – ściągnął na telefon aplikację umożliwiającą kontynuowanie czytania na smartfonie, w ten sposób tymczasowo przejęłam jego czytnik. Rozwiązanie doskonałe nie jest, ale trzy tygodnie chyba wytrzymamy. Mam nadzieję.

Spacery w góry.

Spacery w góry.

Dzień 151

Brakuje nam trochę regularnej aktywności fizycznej: jakiegoś crossfitu, Chodakowskiej, trampolin, biegania, itp. Ale i tak ruszamy się tutaj więcej niż gdybyśmy siedzieli zimą w domu. Na spacerach mijamy stada owiec, chodzimy po zasłanych owczymi bobkami pastwiskach. Zwierząt pilnują pasterze na koniach. Zwykle są to młodzi chłopacy jeżdżący bez siodeł. Raz przy drodze widzieliśmy grupę na koniach ewidentnie w coś grającą. Jednym z narodowych sportów w Kirgistanie jest gra zespołowa, również na koniach, przypominająca ponoć rugby, gdzie zamiast piłki przerzuca się… truchło bezgłowej kozy. Nie wiem, czy wierzyć tym makabrycznym doniesieniom.

Skończyliśmy oglądać Planet Earth II. Piękne widowisko. Moje ulubione fragmenty tego dokumentu dotyczyły przede wszystkim ptasich godów. Ile się te samce namęczą, naskaczą, nacudują, niesamowite, że to wszystko tylko po to, by zaimponować samiczce. Naprawdę, śmiałam się do łez obserwując te usilne starania, takież to było pocieszne.

I jeszcze więcej gór.

I jeszcze więcej gór.

Print Friendly, PDF & Email

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail