or There and Back Again with photographs

California w południowym Tyrolu

Zaczęło się od maila. Mad i Ed napisali, że wybierają się do Europy i zamierzają wypożyczyć Volkswagena California. To małżeństwo emerytów z Seattle, których ogórkiem mieliśmy okazję jeździć po stanie Washington, a z którymi wciąż utrzymujemy kontakt. Udzieliła nam się ich ekscytacja tym samochodem, o którym wcześniej w zasadzie nie słyszeliśmy: że taki nowy Vanagon, że sprytnie zagospodarowany w środku, tu ukryte krzesełka, a tu ukryty stół, a tu markiza, a tu tyle miejsca do spania… I już wiedzieliśmy, że gdzieś pojedziemy Tym samochodem, z ciekawości i z chęci wypróbowania kolejnego niestandardowego środka transportu.

Tak się dobrze złożyło, że Michał miał jeszcze dwa tygodnie pełnopłatnego urlopu ojcowskiego do wykorzystania. Wciąż nie mogę uwierzyć, że tylko 2/3 Polaków (tych zatrudnionych na etat, innym nie przysługuje) korzysta z tego urlopu po urodzeniu dziecka. 100% płatne, na żądanie, czas na jego wykorzystanie – do końca drugiego roku życia dziecka. Póki co nasza filozofia brzmi: jak jest wolne, to bierzemy. I wzięliśmy. Termin: po moim LEKu. Przy okazji przypomnieliśmy sobie, że kolega Michała zapraszał nas już wielokrotnie do Brixen na północy Włoch i też Brixen obraliśmy sobie za cel. Udało nam się na wyjazd namówić niedzieciatą parę znajomych; odważni, prawda? Główną niedogodnością była mała dostępność VW California w Polsce: wypożyczalnia jest jedynie na Śląsku i w Krakowie. Koszt to ok 250 zł/dobę, dużo mniej niż za pełnoprawne kampery, ale nie o kampera nam chodziło. Uprzedzając: auto sprawdziło się rewelacyjnie. Pomieściło bagaże pięciu – spakowanych minimalistycznie – osób, paliło też niewiele, bo od 6,3 l/100 km na autostradzie do 9 l/100 km na górskich serpentynach. Po rozłożeniu dachu do góry powstawało dosyć wygodne łóżko, na dole kolejne, choć mniej wygodne. To, co nam doskwierało, to brak ogrzewania. Trochę się przeliczyliśmy, bo jednak był przełom września i października, a my jechaliśmy przez góry i tak w Austrii w nocy było blisko zera. Najgorzej znieśli to śpiący na górze (boki rozkładanego dachu były materiałowe), najlepiej – nasz 9-miesięczny syn, urodzony eskimos.

Volkswagen California Jezioro Como

Na postoju

Nasza trasa obejmowała: do Krakowa odebrać samochód, do St. Gallen w Szwajcarii odwiedzić znajomych znajomych, nad włoskie jezioro Como, bo podobno ładne, do Brixen do naszych znajomych i powrót do Polski. W sumie zrobiliśmy ok 3600 km w tydzień. Sporo. A trzeba było się dostosować do najmłodszego. Tradycyjnie – jeździliśmy w jego drzemkach. Przedpołudniem 2-3 h, przerwa popołudniu 2-3 h i ewentualnie wieczorem już w trakcie snu – nazwijmy go – nocnego. Staraliśmy się, aby przerwa od jazdy wypadała albo w ładnym miejscu, albo przy szlaku i tak trzy razy udało nam się zrobić wcale ładne trasy w Dolomitach. Prawie całe jedzenie wieźliśmy z sobą. Ze względów ekonomicznych, ale i logistycznych; łatwiej nam było podgrzać przygotowany wcześniej słoik z jedzeniem i ugotować makaron niż szukać restauracji, która nas w miarę szybko obsłuży (i nie za miliony monet!). Gotowaliśmy na dwupalnikowej kuchence turystycznej. Nasz Volkswagen był dużym autem z opcją spania dla 4,5 osoby, ale są wersje Californii z kuchenką, lodówką i zlewem. To chyba moje wymarzone auto dla dużej rodziny – ma ten plus, że ze względu na gabaryty i spalanie można go używać na co dzień, a nie tylko od święta, na dwa tygodnie w roku jak wypasione ale wielkie i nieporęczne kampery.

Lago d’Aviolo

Moim faworytem na wyjeździe zostało Brixen w Południowym Tyrolu. Klimatyczne miasteczko wielkości Wałcza, ale z biskupstwem, przepięknymi małymi uliczkami i szalonymi przewyższeniami, gdzie kilkoma kilometrami do pracy można się zmęczyć jak chodząc po Tatrach. Południowy Tyrol to w ogóle ciekawy rejon. Wcielone do Włoch po I Wojnie Światowej (wcześniej część Austrii) ma sporą autonomię i aż trzy języki oficjalne: włoski, niemiecki [sic!] i ladyński. Ten ostatni to tylko tam i to podobno połączenie łaciny i niemieckiego. Lokalni patrioci wciąż nie mogą się pogodzić, że są częścią Italii i po nocach zrywają tabliczki z włoskimi napisami.

Słoiki z żarciem swoją drogą, ale sobie myślę, skoro już jestem we Włoszech to fajnie byłoby w końcu spróbować takiej oryginalnej włoskiej pizzy. To może bardziej na południu,  bo na północy Włoch, w górach, jak się okazało, stawiają na bardziej kaloryczne jedzenie. Kolega, który nas gościł, przygotował dla nas jednego dnia spaghetti carbonara – to kojarzyłam, co z czym (tu boczek, tu jaja, tu ser); ale gdy innego popołudnia zaproponował knedle tyrolskie, to z ciekawością obserwowałam jego poczynania w kuchni. Okazuje się, że owe knedle robi się z pokruszonego starego chleba namoczonego w mleku, sera i jajek, do tego słuszna ilość posiekanej pietruszki i jeszcze słuszniejsza porcja masła do podania.  Uwielbiam takie dania: lokalne, proste i jeszcze wykorzystujące resztki (stary chleb); to dla mnie tyrolski odpowiednim andaluzyjskiego salmorejo – zupy ze starej bagietki, pomidorów i oliwy. Do paćki z chleba i mleka dodaje się ser (duuużo sera), jaja i pietruszkę, formuje w dłoniach luźne kulki i paruje. Osobiście dałam rade zjeść tylko (aż?) dwa knedle, a byłam głodna jak wilk. Podczas spaceru górskimi traktami w Dolomitach widzieliśmy, że knedle po tyrolsku to popularne danie schroniskowe.

Jezioro Como Volkswagen California

Jezioro Como

Jeszcze kilka słów o dziecięcych gratach. Na wyjazd nie braliśmy wózka: za duży, nieporęczny, w góry z nim nie pójdziemy. W Hiszpanii pół roku temu nosiliśmy syna w chuście, ale od tamtego czasu przybrał kilka kilo, których nasze plecy i ramiona w chuście już nie tolerują. Podziwiam mamy, który noszą swoje 2-3 letnie dzieci, te to muszą mieć stalowe kręgosłupy! Ja do nich nie należę, dlatego udało nam się wylicytować na allegro za pół ceny nosidełko Deutera (o, to: link). Na trekkingi polecamy z czystym sumieniem. Nosi się to to jak plecak, więc nie obciera ramion jak chusta, do tego jeszcze pod pupą dziecka jest duża kieszeń (ok 15 l), która w naszym wypadku mieściła dwie kurtki, rzeczy na przebranie dla małego, wodę i jakiś mały prowiant. Jasne, marzy mi się kolorowa Tula (miejskie nosidełko ergonomiczne), z którym mogłabym wyskoczyć na zakupy do Biedry, zamiast ubierać górski plecak, ale przed każdym kolejnym zakupem zadajemy sobie egzystencjalne pytanie “gdzie my to będziemy trzymać na naszych 50 m2?”. Minimalizm z przekonania i konieczności.

Nie byłabym sobą, gdybym wrzuciła tekst bez żadnego książkowego polecenia. Świeżo wydany “Chrobot. Życie najzwyklejszych ludzi świata” autorstwa Tomka Michniewicza to lektura nietuzinkowa, idealna do czytania w trasie. Dawno nie czytałam tak dobrego reportażu. “Chrobot…” to autentycznie trzymająca w napięciu opowieść o w sumie siedmiu nieznających się najzwyklejszych (?) przedstawicielach różnych zakątków świata. Fin, Japonka, Amerykanin, Hinduska, mieszkanka Ugandy, twardziel z Zimbabwe, latynoska z Kolumbii. Te wszystkie rzeczywistości się ze sobą przeplatają, autor zmyślnie uwypukla różnice, pokazuje podobieństwa, a jednocześnie zupełnie zostaje w tle, nie ocenia, nie chwali, nie krytykuje. Tyle się można dowiedzieć! Cieszę się, że są takie książki, tacy autorzy i podróżnicy, jak Michniewicz. Chapeau bas, proszę pana, chapeau bas.

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail