or There and Back Again with photographs

Co To – wietnamska rajska wyspa i my

Dzień 100

Z samego rana Anh Tho zaoferowała, że nas podwiezie na dworzec autobusowy, aby ułatwić nam złapanie transportu do Van Don, skąd planowaliśmy wsiąść na prom na wyspę Co To. Nie skojarzyliśmy, że nie ma samochodu i podwożenie nas ostatecznie uwzględniało dwa kursy na motorze, raz ze mną, raz z Michałem. Byliśmy jej bardzo wdzięczni za pomoc. Ze znalezieniem odpowiedniego autobusu poszło gładko; na dworcu co chwilę ktoś do nas podchodził i pytał dokąd jedziemy. W pewnym momencie, gdy jeszcze siedziałam tam sama, zagaduje do mnie po rosyjsku starszy pan, czy rozumiem w języku naszych odwiecznych przyjaciół ze wschodu. Ja na to, że ciut ciut, i że ja z Polszy i czekam na mojego musinę; pan wyglądał na usatysfakcjonowanego tą krótką interakcją.
Przejazd z Halog do Van Don trwał około 1,5 h. W pierwszej kolejności poszliśmy do przystani, by dowiedzieć się, o której odpływa interesujący nas prom; okazało się, że za godzinę, super, jeszcze tylko trochę formalności, spisanie naszych danych i możemy płynąć na wietnamską wyspę. Bilet na prom kosztował nas 30 zł/os a podróż trwać miała 3,5 h.
W zatoce Halong jest więcej wysp niż jedna. Jest duża i oblegana przez turystów Cat Ba, jest długa i mało zagospodarowana Quan Lan. My natomiast za radą hostów z Hanoi wybraliśmy Co To. I dobrze zrobiliśmy. Aby dostać się na tę wyspę jako zagraniczny turysta, jeszcze kilka miesięcy temu potrzebna była specjalna przepustka, ponieważ stacjonuje tutaj wietnamskie wojsko. Armia dalej tu urzęduje, ale przepisy zmieniono i o przepustkę już starać się nie trzeba, a było to czaso- i kosztochłonne. Jesteśmy tu przed pierwszą falą popularności, bo mimo, że na dworze 25-30 stopni w tej chwili trwa zima, albo przynajmniej jest poza sezonem, dlatego mamy wrażenie, że jesteśmy jedynymi turystami na wyspie.
Po dobiciu do brzegu musieliśmy poszukać jakiegoś noclegu. Michał jest nastawiony raczej wrogo do wszelkiego rodzaju nagabywaczy, dlatego z zasady ignorowaliśmy próby zaciągnięcia nas do hotelu przy porcie. Poza tym upatrzyliśmy sobie plażę, po drugiej stronie wyspy, jako To miejsce. Jedyny problem – trzeba tam było podejść w upale i duchocie, z plecakami, jakieś 7 km. Niby nie tragedia, ale spacer dał nam się we znaki. Ale, ale! Potargowaliśmy się z miłym starszym panem i spędzamy trzy noce w uroczym (i klimatyzowanym) bungalowie na plaży (koszt to 75 zł/noc). Biały piasek, lazur wody, szum morza, a właściwie oceanu Spokojnego, palmy (może bardziej takie przerośnięte juki, ale są!)… Trzy lata temu byliśmy o włos od dostania się na Karaiby, niestety nam się nie udało. Co prawda, są to zupełnie inne wyspy i inny ocen, ale i tak mam wrażenie, że odbijamy sobie tamtą nieudaną wyprawę.

Nasz domek na plaży.

Nasz domek na plaży.

Dzień 101

Pięknie tu jest! Jeśli nie liczyć mnóstwa krabów, to jesteśmy na plaży sami. Jedyne co przeszkadza, ale tylko w trakcie przypływu, to sporo śmieci wyrzuconych przez morze. Głównie są to plastikowe opakowania, butelki, nawet ubrania z Chin sądząc po metkach. Można by przeżyć na tym, co wyrzuci morze kilka dni, bo część paczek z przekąskami jest jeszcze zamknięta. Podczas odpływu, plaża z wąskiego pasa pod naszym domkiem, zamienia się w szeroką połać piasku, a zanieczyszczenia zostają hen hen gdzieś daleko i nie rzucają się w oczy. Woda jest czysta i zaskakująco ciepła, a kolor ma niczym z reklam biur podróży.
Wyspa bardzo aktywnie przygotowuje się na następny sezon. Wszędzie widać powstające nowe hotele, bungalowy, restauracje, w tej chwili jeszcze nieczynne. Wszystko tutaj jest nowe i młode. Dużo dzieci, szczeniaków, kurczaczków, cielaczków, widzieliśmy też małe kózki.
Dzień spędziliśmy na czytaniu książek, opalaniu się, kąpaniu w morzu i spacerach wzdłuż brzegu. Michał polował aparatem na kraby, które pod nieobecność tłumów turystów opanowały plażę. Wieczorem spacerując na granicy wody i piasku odkryliśmy niezwykłe zjawisko – pod wpływem ruchu rozświetlał się piasek pod naszymi stopami. Tysiące świecących drobinek ni to w wodzie ni to w piasku. Jakbyśmy stąpali po mnóstwie świetlików, albo – bardziej poetycko – gwiezdnym pyle. Magia. Nie mamy pojęcia, co to było, ale po godzinie brzeg przestał się świecić, jakby się “rozładował”. Jeśli ktoś ma pomysł, co to było, to będziemy wdzięczni za informację.
Na kolację zostaliśmy zaproszeni przez pana opiekującego się ośrodkiem, w którym śpimy. Resort nazywa się Co To Life i możemy go polecić, bo ceny konkurencyjne, urokliwa lokalizacja no i pan kupił sobie naszą sympatię pyszną kolacją, o której za chwilę. Gdy po nas przyszedł, byliśmy już po kilku paczkach krakersów i herbatników, i w zasadzie to coś byśmy jeszcze zjedli, ale problemem bycia po sezonie na plaży, na której nikogo nie ma, jest również brak knajp. Tak więc kiedy zaproponował wspólny posiłek, za dużo nie dywagowaliśmy tylko poszliśmy za nim. Dochodzimy do stołów a tam czekają jeszcze trzej jego pomocnicy, dwóch młodziaków, których widzieliśmy w dzień z taczkami i jeszcze jeden starszy facet. A na stole dwa talerze aromatycznie przyrządzonych włochatych małż, dwa talerze pieczonej ryby, surówka, inne owoce morza duszone w cebuli i marchewce, zielone liście nieznanego zastosowania i duuużo wietnamskiego piwa. Wszystko dopiero co wyłowione z oceanu, delikatne, rewelacyjnie doprawione. Myślałam, że po Maladze wystarczy mi “mejillones” do końca życia, ale te włochate muszle, którymi nas poczęstowano, przebijały wszelkie owoce morza, której do tej pory próbowałam. Zielone liście okazały się jadalne, jakby z cytrynowym posmakiem. Nakładało się na taki liść kawałek ryby, zawijało, maczało w czerwonym ostrym sosie i do buzi, za tatusia (który miał dzisiaj imieniny, a do którego nie mogłam wysłać nawet smsa, bo nie ma tu zasięgu na tej rajskiej wyspie. Tato, pamiętałam!). Jeden z panów próbował mi upić męża ciepłym piwem, ale na szczęście nieskutecznie. Zou! (“Na zdrowie” po wietnamsku).

Krab upolowany.

Krab upolowany.

Dzień 102

Kolejny bajkowy dzień na wyspie. Dziś postanowiliśmy trochę poeksplorować i w tym celu wypożyczyliśmy z ośrodka motocykl (koszt to 30 zł/dzień). Ponieważ nigdy nie jeździliśmy na motorze, ani ja ani Michał, przeszliśmy kurs jazdy w jakieś pięć minut i wyszliśmy z założenia, że nauczymy się po drodze. Z naszego pojazdu to żadna bestia, taki sobie motorek, jak to Michał obrazowo (raczej dźwiękowo) określił “pierdziawka”, ale dla nas ogromna frajda. Rozwijaliśmy na nim szalone 30km/h i w dwie godziny zjechaliśmy całą wyspę. Drogi na wyspie wąziutkie i mocno wyboiste, ale przynajmniej z utwardzoną nawierzchnią. Dostaliśmy nawet kaski w komplecie, ale biorąc pod uwagę ich budowę, to raczej do ochrony przed słońcem, niż przed urazami.
Po południu do naszego ośrodka przyjechał drugi biały turysta, jakiego widzieliśmy od trzech dni na wyspie. Porozmawialiśmy chwilę po angielsku, ale coś akcent brzmi znajomo, to pytamy, skąd tu przyjechał; a jakże by inaczej, z Polski! I to na dodatek z Poznania. Antek, bo tak miał na imię, pojeździł już trochę po Wietnamie, bo w trasie był od 9 miesięcy. Kupił motor w dawnym Sajgonie i powolutku przemieszcza się na północ. I tak od czterech lat po świecie go ciągnie. Pracuje zdalnie, z drogi, dla brytyjskiej firmy nad aplikacjami mobilnymi, dlatego, że część dnia jednak poświęca na obowiązki, przemieszcza się wolnej, niż “standardowy” turysta. Bardzo gorąco polecał zwiedzanie Wietnamu na motorze, mówiąc, że w tym kraju turystyka skupiona jest póki co tylko w kilku najpopularniejszych miejscach. Pozostałe 90% kraju jeszcze nie doświadczyło szturmu białych, a jest równie piękne, tylko mniej zatłoczone i po prostu tańsze. I trasy są przepiękne i malownicze jak nigdzie indziej.W Wietnamie nie ma problemu z prawem jazdy, turyści cieszą się tutaj immunitetem; niby trzeba mieć jakieś zaświadczenie, ale gdy policja widzi białego na motorze, to macha ręką, by jechał dalej i nigdy go nie sprawdza, co czyni Wietnam naprawdę przyjaznym tego typu turystyce. Antek mówił też, że w Chinach, aby jeździć po kraju na jednośladzie, trzeba wykupić specjalną drogą wycieczkę z przewodnikiem i nie można się nigdzie samemu zapuszczać bez czujnego oka przewodnika-dozorcy. A jeśli chce się samemu zwiedzać kraj niekoniecznie pociągami, trzeba wylegitymować się chińskim prawem jazdy. Problem polega tylko na tym, że na chińskie prawko zdawać może tylko stały rezydent Państwa Środka, a egzamin jest po chińsku. Nietrudno się domyślić, że niewielu białych w Chinach może poszczycić się własnym prawem jazdy.
Wieczorem nasz plan oszczędzania na jedzeniu legł w gruzach, wciąż nie do końca wiemy, jak do tego doszło. W każdym razie, gdy wróciliśmy z wieczornych zdjęć pan opiekujący się ośrodkiem zaprosił nas znów na kolację. W międzyczasie okazało się, że to kolacja, którą zamówił tylko dla siebie Antek, ale obsługa go nie zrozumiała i przygotowała ją dla trzech osób. Beztrosko rzuciłam, że dobra, dorzucimy się, w końcu ile może kosztować kolacja, skoro posiłek na mieście to wydatek około 6-10 zł. Cóż, trochę się przeliczyliśmy…

A planowaliśmy głównie zimne kraje.

A planowaliśmy głównie zimne kraje.

Dzień 103

Żegnamy się z naszą urokliwą wyspą. A’propos uroków tego świata obejrzeliśmy w ramach odpoczynku od nic-nie-robienia dwa pierwsze odcinki Planet Earth 2, dokumentu BBC o… naturze ogólnie rzecz ujmując. Sir David Attenborough swoim brytyjskim akcentem (a brytyjski akcent zawsze dodaje powagi) komentuje absolutnie niesamowite i unikatowe sceny z życia zwierząt i roślin naszej planety. Michał zachwyca się jakością obrazu, ja zachwycam się dramatyzmem pokazanych historii, oboje zachwycamy się płynącym leniwcem, walczącymi lampartami śnieżnymi i paradą flemingów. I ta muzyka Hansa Zimmera w tle, mmm, dawno nie oglądałam niczego równie emocjonującego.
Byliśmy od rana na nogach, bo chcieliśmy się załapać na najwcześniejszy prom z powrotem na kontynent, do Van Don a potem do Ha Long. No i tu daliśmy się zrobić jak naiwni, beztroscy turyści, niestety, nie ostatni raz dzisiaj. Dzień wcześniej wydawało nam się, że ustaliliśmy z chłopakami z resortu, że podwiozą nas motorkami na prom, taki motor-taxi za kilka złotych. Nasza głupota, że nie zapytaliśmy od razu, ile będzie kosztować taka usługa, to może byśmy się domyślili, że “dogadanie się” było tylko pozorne. Ostatecznie na pół godziny przed odpływem do ośrodka podjechał elektryczny minibusik i zażyczył sobie od nas 150 tys dongów (30 zł), dwa razy więcej niż taksówka w stolicy, czyli sporo. Ale nasza pozycja do targowania była żadna – śpieszyło nam się na łódź na drugą stronę wyspy, a oni o tym wiedzieli. Tak to już jest z tą bariera językową i brakiem przezorności. Zawsze, ale to zawsze trzeba wcześniej pytać o cenę. Gdybyśmy wcześniej wiedzieli, ile nam policzą za transport, dla zasady poszlibyśmy na nogach do portu, i tak wstaliśmy wcześnie, pogoda do chodzenia była idealna, drogę już znaliśmy. A tak możemy sobie tylko pluć w brodę, i to nie chodzi o kilkanaście złotych, tylko bycie samodzielnym i świadomym, a nie dawanie się wmanerwować w niekomfortowe sytuacje.

Wraz z naszym wyjazdem pogoda się popsuła, było mocno wietrznie, więc i łodzią mocno bujało. Antek wczoraj postraszył nas tsunami ze względu na trzęsienie ziemi w okolicach Japonii – noo, tsunami to my pod uwagę nie braliśmy wybierając się na Co To, ale zmyłoby nas z tej wyspy, ani byśmy się zorientowali. Na szczęście był to fałszywy alarm.

Dowiedzieliśmy się dzisiaj, że moja ulubiona firma produkująca zupki chińskie, Vifon, tak naprawdę jest z Wietnamu, więc to zupki wietnamskie. Do tego pierwszym krajem, do którego zaczęto te posiłki instant eksportować, była Polska. Taka ciekawostka.

Takich ośrodków powstaje teraz mnóstwo na każdej plaży na wyspie. Jeszcze stoją puste.

Takich ośrodków powstaje teraz mnóstwo na każdej plaży na wyspie. Jeszcze stoją puste.

Print Friendly, PDF & Email

3 Comments

  1. Łupniak Stękasz Łupniak Stękasz
    29 November 2016    

    A to nie to paskudztwo świeci w wodzie i piasku? https://en.wikipedia.org/wiki/Dinoflagellate#Bioluminescence Tylko wszędzie są zdjęcia w niebieskim kolorze, więc jeśli świeciło żółtym/białym to pewnie nie to.

    • MIchał MIchał
      30 November 2016    

      Tak, tak. Bingo. Tutaj zdjęcie naszych stóp w lucyferynie w takim razie.
      Bioluminescence

      • Łupniak Stękasz Łupniak Stękasz
        1 December 2016    

        Nie sądziłem, że będę kiedyś zazdroscil komuś taplania się w bruzdnicach. Brzmi paskudnie, ale wygląda super!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail