or There and Back Again with photographs

Coby nie było za wygodnie… Przyczepka-reaktywacja!

Tak jak pisałam w poprzednim poście – na naszych hiszpańskich wakacjach brakowało nam pola namiotowego i interakcji z innymi. Dlatego, gdy tylko odkryliśmy, że podróżowanie we trójkę nie jest takie trudne, postanowiliśmy zawiesić poprzeczkę trochę wyżej niż wynajmowane apartamenty  i tak stanęło na nocowaniu w przyczepie kempingowej moich rodziców. Patrzyliśmy na nią łakomym wzrokiem cały rok, jak tak stała biedna, opuszczona i nieużywana w ogródku. Produkcja Niewiadów rocznik 1982, w środku stylowy czerwony plusz, łóżko – można rzec – małżeńskie, szafa z czterema półkami, kuchenka gazowa i kempingowy odpowiednik kanapy, który w kilku ruchach może zamienić się w kolejne posłanie. Ile ja wakacji spędziłam w tej przyczepce! Jaka ona mi się duża wtedy wydawała; wtedy, czyli jakieś 20 lat temu. W końcu bez problemu mieściła moich rodziców, brata i mnie… Ale wchodząc do niej po tylu latach czułam się jak Guliwer, bynajmniej nie w krainie olbrzymów.

Zabraliśmy się za jej reaktywację. Najważniejsze – wymiana sparciałych opon. Ponieważ są tylko dwie, nie cztery, i to od malucha, wraz z montażem wyszło nas to 200 zł. Ubezpieczenie na rok: 50 zł. Zamontowanie ledowego oświetlenia: kilkanaście złotych za baterie (lampki już mieliśmy).Podklejenie uszczelek: kilka złotych za butapren. Wyrzucenie gniazd os i wymiecenie jakiejś tony zasuszonych much: praca własnych rąk. Możliwość spania na miękkim, suchym materacu i to pod normalną kołdrą w środku lasu w górach – bezcenne. Od drugich rodziców pożyczyliśmy auto z hakiem, sprawdziliśmy czy działają światła (prawie wszystkie działały) i byliśmy gotowi do drogi.

Ale jaki las, jakie góry? Las i kemping w miejscowości Trzcińsko, miejsce lepiej znane jako Sokoliki. Popularna miejscówka do wspinaczki skałkowej w Górach Sokolich. Pojechaliśmy tam na tydzień przed majówką z kilku względów. Skoro oboje mamy wolne, to po co się cisnąć z tłumami? Po drugie były to okolice urodzin Michała, a te już od kilku lat spędzamy w okolicach gór. Po trzecie i ostatnie – kolega zaproponował taki wypad, to czemu by nie wyprawić naszej przyczepce chrztu bojowego w kontrolowanych warunkach polskich i to stosunkowo niedaleko domu (3h drogi). W trakcie jazdy praktycznie nie czuliśmy, że jedziemy z takim balastem. Na wybojach mocniej bujało, a kierowca musiał przywyknąć do częstszego patrzenia w boczne lusterka. Auto paliło 7,3 litra/100 km, to o niecałe 2l więcej niż zwykle (silnik disel 1,8l), więc tragedii nie ma. Kemping, na którym nocowaliśmy w zasadzie nie był przygotowany na goszczenie przyczepek ani kamperów (brak podłączenia do prądu). Zupełnie nam to nie przeszkadzało zwłaszcza, że policzyli nas jak za namiot, czyli zalewie 18zł/osobę plus zniżka za małego. Na miejscu było zaskakująco rodzinnie. Nasz syn wcale nie był ani jedynym dzieckiem, ani nie był najmłodszy na polu namiotowym. Warunki takie jak chcieliśmy: wspólna kuchnia, wspólne dwa kibelki i dwa prysznice, ale ciepła woda i ogólnie sympatycznie. Poranne i wieczorne kursy do łazienki z ręcznikiem na ramieniu, po zroszonej trawie… od razu czuję się młodsza o 10-15 lat.

Zastanawialiśmy się, jak nasz tymczasowy domek poradzi sobie z chłodnymi kwietniowymi nocami, bądź co bądź, w górach. Pod względem temperatury poradził sobie przeciętnie. Pierwszą noc prawie w ogóle nie spałam. Raz że było mi zimno, a dwa: co chwilę sprawdzałam, czy synuś nie marznie. O dziwo, był cieplutki jak termoforek – nie ma to jak między rodzicami. Drugiej nocy już spałam w swetrze, a przed snem nagrzaliśmy trochę odpalając kuchenkę gazową i zagotowując garnek wody. Jeżeli chcielibyśmy pojechać w taki sposób gdzieś dalej, może na północ, to trzeba koniecznie pomyśleć o lepszym ogrzewaniu niż garnek z wodą. Ponieważ wzięliśmy termometr z czujnikiem zarówno w środku jak i na dworze to widzieliśmy, że na zewnątrz temperatura spadała do 6 st Celsjusza a u nas tylko do 10.

Sukiennice

Michał całą sobotę i niedzielę się wspinał, my z synem najpierw wylegiwaliśmy się do 10 w łóżku (przewaga nad namiotem z którego trzeba uciekać jak tylko oprze się na nim słońce), potem szliśmy na dłuugi spacer z wózkiem wzdłuż rzeczki Bóbr, a popołudniem zaliczaliśmy drzemkę. Piękne tereny spacerowe, a i pogoda dopisała. Gdy znajomi już wrócili do Poznania, zeszliśmy wzdłuż Rudawski Park Krajobrazowy. Nasz pierworodny jak się okazuje czuje się świetnie nie tylko w klimacie śródziemnomorskim, ale również na polu namiotowym w polskich górach. Nie dość że spał lepiej niż w domu, to jeszcze na wilgotnym powietrzu wygoiły mu się wszystkie drobne zmiany skórne, z jakimi borykaliśmy się od dwóch tygodni. Już myślimy, to gdzie by tu dalej…?

Print Friendly, PDF & Email

1 Comment

  1. Ania Ania
    16 May 2018    

    Aż by się chciało kupić przyczepkę po takim wpisie! Bo spanie w namiocie jednak ma swoje wyraźne niewygody…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail