or There and Back Again with photographs

Hanoi – pierwsze kroki w Wietnamie.

Dzień 97

Pierwszy dzień w Wietnamie. Początki jak zawsze dosyć trudne, bo z pociągu wysiedliśmy na obrzeżach Hanoi na tyle wcześnie rano, że było jeszcze ciemno wszędzie (co to będzie, co to będzie…). Opadły nas jak muchy bandy taksówkarzy, ale zgodnie z Michałem twierdzimy, że żadni taksówkarze nie przebiją natarczywością tych marokańskich, z którymi mieliśmy wątpliwą przyjemność półtora roku temu. Nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, gdzie jest przystanek autobusowy (a szukaliśmy busa nr 3 w kierunku naszych hostów), taksówkarze twierdzili oczywiście, że żadne autobusy tu nie jeżdżą, i że taxi to jedyny sensowny środek transportu. Ostatecznie jakoś się odnaleźliśmy w tym nowym mieście, przystanek znaleźliśmy, ale i tak do hostów trzeba było ostatni odcinek podjechać taksą. Couchsurferzy napisali nam wcześniej, że powinna kosztować 60 tys wietnamskich dongów (VND), ale kierowcy nie chcieli zejść ze 100 tys. Nie są to duże pieniądze, bo to odpowiednio 12zł lub 19zł, ale chyba podeszliśmy do tej kwestii zbyt ambicjonalnie. Ostatecznie za mniejszą kwotę zabrali nas taksówkarze na motorach, ja na jednym motorze, Michał na drugim, ja trzymając się kurczowo pana, który kierował, Michał – nie wiem, bo bardzo skupiłam się na kurczowym trzymaniu się. Sport ekstremalny + wycieczka krajoznawcza + taksówka w jednym. W Hanoi na ulicy obowiązują raczej prawa dżungli niż ruchu drogowego. Ale też nie można przesadzać, bo jeżdżą raczej wolno i z pozornego chaosu wyłania się pewien porządek jazdy, tylko inny niż my znamy.
Nasi hości okazali się być bardzo miłym małżeństwem, dwa lata starszym od nas. On pracuje w domu jako informatyk, ona – Rose – rzuciła pracę w księgowości i uczy się teraz intensywnie angielskiego z nadzieją na pracę w przyszłości związaną z tym językiem. Dlatego też nocują sporo couchsurferów. Mówi, że zagraniczni goście to jedna lekcja angielskiego, a wieczorem codziennie bierze udział w bardziej standardowym kursie językowym. Minęliśmy się w drzwiach z Amerykaninem polskiego pochodzenia, ich poprzednim gościem, który podobno specjalnie na nas poczekał, bo chciał pogadać chwilę po polsku. Okazało się, że jest dziennikarzem piszącym głównie o polityce i bardzo dobrze orientuje się w tematach polskiej, rosyjskiej i chińskiej sceny politycznej; swoją drogą, ciekawy dobór państw. Mówił, że bardzo sobie ceni Polskę i Polaków, polski humor i kuchnię. Tylko nie wiem, czemu w takim razie nosił koszulkę z napisem “Deutschland” (żarcik – przyp. aut.).
Po Hanoi widać, że Wietnam jest jeszcze krajem rozwijającym się. W krajobrazie dominują rozlatujące się kilkupiętrowe domy, ale gdzie nie gdzie wybijają się też nowoczesne 30-piętrowe bloki mieszkalne i biurowce. My zatrzymaliśmy się w jednym z takich wysokich bloków. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy w mieszkaniu naszych nowych znajomych, to brak tradycyjnego stołu. Na środku jadalni leżała mata z niskim stolikiem, a je się siedząc na podłodze po turecku lub na klęczkach. Rose opowiadała o kuchni swoich rodziców, w której wysoki nam znany stół jest, bo taka przychodzi moda z zachodu, że wstawia się ten mebel do kuchni czy jadalni, ale ostatecznie i tak nikt przy nim nie je, a jej rodzice wolą pójść z miskami do salonu i usiąść na macie. Przyznam, że ten obraz zachodniej mody walczącej ze wschodnią tradycją wydał mi się niezwykle wymowny.

Na imprezie urodzinowej w Ha Noi.

Na imprezie urodzinowej w Ha Noi.

Wieczorem zaproszeni zostaliśmy na siódme urodziny bratanicy naszej hostki. Rose kupiła jej na prezent kilka książek z bajkami. Zaintrygowały mnie, jak wyglądają wietnamskie bajki. Okazuje się się w dużej części to wariacje na temat doskonale nam znanych Czerwonego Kapturka, Śpiącej Królewny, Małej Syrenki. Chyba najbardziej zaciekawiła mnie wietnamska wersja Kopciuszka, gdzie zamiast wróżki/matki chrzestnej odpowiedzialnym za wyczarowany strój i karocę jest… Budda. A na końcu zła siostra ginie ugotowawszy się w bali z wrzątkiem, bo chciała rozjaśnić sobie skórę, a usłyszała, że kąpiel w gorącej wodze wybiela. My narażamy się na czerniaka chodząc do solarium, a wietnamskie siostry Kopciuszka giną w pogoni za jaśniejszą karnacją.
Same urodziny były dla nas sporym wydarzeniem, w końcu zostaliśmy zupełnie spontanicznie (po raz kolejny) włączeni do cudzej rodziny, choćby na jeden wieczór. Michał z marszu został ulubieńcem jubilatki i jej kuzyna. Jak on to robi, że tak lgną do niego psy, koty i dzieci? Reszta rodziny nie mówiła po angielsku, ale i tak było sympatycznie, głównie wznosiliśmy toasty, a to język międzynarodowy. Znów – nie było stołu, tylko dwie duże maty na podłodze. Siedziało na nich kilkanaście dorosłych, a wokół biegało drugie tyle dzieci. Po trzech godzinach siedzenia na podłodze bolały nas guzy kulszowe, plecy, kostki, nadgarstki – ewidentnie nie przywykliśmy do tej pozycji. Na samym środku maty stał garnek z gotującym się bulionem, do którego wrzucano różnorakie dodatki, by za kilka chwil wyłowić je z zupy i rozdysponować wśród gości. Najpierw w bulionie wylądowały pocięte kolby kukurydzy, potem krewetki, małe muszle i kilka rodzajów sałaty. Przygotowano też dwa talerze pociętego na kawałki kurczaka, ale w tych kawałkach nie było piersi, czy nóżek, ale takie zapomniane już przez nas fragmenty jak szyjki, kuperki czy drapcie. Na końcu najbardziej ekstremalnie: pocięte w kilkucentymetrowe kawałki świńskie jelita i ugotowane w jajkach zarodki kaczek. Wszystkiego dzielnie próbowaliśmy pod czujnym wzrokiem gospodarzy. Co prawda, Rose co chwile powtarzała, że jak nie chcemy, to nie musimy tego jeść, no ale jak to tak, odrzucać cudzą gościnność. Poza tym potem byśmy sobie wypominali, że ominęła nas taka okazja, by spróbować kaczych zarodków. Smakowały jak jajko na twardo z wątróbką i małymi kostkami – tak przynajmniej twierdzi Michał, bo przyznam się, że zjadłam całość, ale szybko popijałam Heinekenem; na myśl o przeżuwaniu tych kosteczek zrobiło mi się trochę niedobrze. Częstowano nas też domowej roboty wysokoprocentowym alkoholem z klejącego się ryżu (sticky rice) i mnóstwem egzotycznych owoców.

Przerośnięte kacze jajo.

Przerośnięte kacze jajo.

Dzień 98

Dzień poświęcony głównie na jedzenie, picie i integrację z couchsurferami. Od rana, co prawda, odwiedziliśmy muzeum etnologiczne, bardzo polecane przez Trip Advisora, ale niewiele z niego wynieśliśmy poza przeświadczeniem, że ponad 50 grup etnicznych na terenie Wietnamu to dużo. Twórcy muzeum przytłoczyli nas – nieznających prawie w ogóle historii Wietnamu – ogromną ilością danych i szczegółów dotyczących różnych plemion.
Według przewodnika jedzenie jest największą atrakcją Wietnamu, dlatego o czym, jak o czym, ale o jedzeniu nie może tu zabraknąć. Na śniadanie popularnym daniem jest wodnista zupa ryżowa (chao), czasem z dodatkiem mięsa lub ryb, nigdy na słodko. Poza tym Wietnamczycy jedzą szalenie dużo bulionu z makaronem ryżowym na śniadanie, obiad i kolację. Zupa pho lub bun (5-6 zł) serwowana jest z dodatkiem ryb (ca), kurczaka (ga), wołowiny (bo) lub wieprzowiny (cha). Do tego surówka z sałaty z dużą ilością zielonej kolendry, i szklanka zielonej herbaty z lodem. Mrożoną zieloną herbatę można dostać tu na każdym rogu. Podobnie z sokiem wyciskanym z trzciny cukrowej – pyszności. Myślę, że taki rosół jest zdrowszy niż kanapki, tak popularne w naszej części świata. Nie widziałam jeszcze otyłego Wietnamczyka; myślę, że epidemia cukrzycy i nadciśnienia jeszcze tu nie dotarła. Rose pytała, czy w Polsce jemy dużo łakoci, czy lubimy czekoladę; my na to, że oczywiście, dobra czekolada nie jest zła, a kawa bez słodkiego, to nie kawa. Okazuje się, że tutejsi słodyczy jedzą mało, jeśli w ogóle, ale konsumują za to dużo więcej owoców. Z innego jedzenia ulicznego można dostać kanapkę wietnamską, czyli półbagietkę na ciepło z tureckim kebabem (przebył długą drogę) albo omletem za 3-4zł oraz torebkę pełną świeżych frytek z batata.

Muzeum etnograficzne w Ha Noi.

Muzeum etnograficzne w Ha Noi.

Wieczorem Rose z mężem przygotowali dla nas sajgonki, czyli smażone zawijańce z papieru ryżowego z mięsno-warzywnym farszem. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że sajgonki są dużo popularniejsze na północy Wietnamu, zwłaszcza w Hanoi, dlatego właściwie powinny być nazywane “hanoikami”. Nasi hości byli generalnie bardzo zdziwieni, że w Polsce kojarzy się tę potrawę z Sajgonem, obecnie Ho Chi Minh City. Nie chciałam im mówić, że z Sajgonem utożsamiamy również totalny bałagan…
Generalnie Hanoi całkiem nam się podoba. Jasne, jest głośne, chaotyczne i niezbyt czyste, ale czuć w powietrzu determinację i motywację do rozwoju. No i Wietnamczycy są sympatyczniejsi od Chińczyków – wszyscy się do nas uśmiechają, machają, dzieciaki chóralnie wołają “Hello! How are you?!”. Wygląda, jakby każdy się czymś zajmował, prowadził prywatną działalność, choćby miałoby to być sprzedawaniem zielonej herbaty na szklanki. Gdy byliśmy w innych rozwijających się krajach zawsze kłuł nas w oczy na ulicach marazm i nic-nie-robienie. Tłumaczymy sobie wtedy, że ten dyskomfort wynika z naszego wychowania i kto powiedział, że zachodni styl robienia karier i pracowania od świtu do nocy jest tym właściwym.
Na dobranoc przeszliśmy się z hostami na mrożoną herbatę matcha podawaną w imponujących pucharkach z bitą śmietaną. Przy okazji dowiedzieliśmy się, jak wyglądają wietnamskie wesela. Przede wszystkim są duże – na 300-600 osób, ale organizowane raczej w domu niż w restauracji czy hotelu. Do tego rodzina panny i pana młodego bawi się zupełnie osobno, są to dwie różne imprezy. W sobotę panna młoda ubiera tradycyjną czerwoną suknię ślubną z ornamentami i cekinami, ale już w niedzielę na wzór zachodni zakłada białą suknię z welonem. W niedzielę rano do domu panny młodej podjeżdża samochód z delegacją z domu pana młodego i symbolicznie zabiera ją do nowej rodziny. Zabawa trwa do niedzieli. Zdecydowana większość panien młodych białą suknię wypożycza, bo kupno jest poza zasięgiem finansowym. Jedzenie na wesele przygotowuje się samemu, czasem zatrudnia się szefa kuchni do koordynacji, ale katering nie wchodzi w grę. A najbardziej pożądanym prezentem dla młodych są pieniądze.
Dowiedzieliśmy się, że Rose z mężem goszczą ludzi z całego świata, z wyjątkiem Chińczyków. Potwierdza się to, o czym słyszeliśmy już w Chinach, że przedstawiciele tych dwóch narodów za sobą nie przepadają. W opinii naszych gospodarzy Chińczycy z Singapuru czy z Malezji są ok, ale ci z Chin są aroganccy, wszystkich traktują z wyższością a Wietnamczyków to już w ogóle, nie dotrzymują obietnic i jeszcze zajęli kilka wietnamskich wysp, takich bogatych w ropę, więc tym bardziej cennych. Co ciekawe, mieszkańców Państwa Środka traktuje się tu oschlej niż Amerykanów, mimo że wojna z tymi drugimi skończyła się zaledwie 40 lat temu. Rose mówi, że gdy przyjeżdżają do niej Amerykanie, to pierwsze co, to przepraszają za swój rząd i polityków, którzy tak uparcie próbowali wyrugować komunizm z Wietnamu w latach 60-70. To, jak przedstawiają to Wietnamczycy, to trzydziestoletnia walka, nie o komunizm, ale o jedność ich kraju i niepodległość. Ponieważ jankesi podczas wojny nie mogli poradzić sobie z tutejszą dżunglą, w której kryły się wietnamskie oddziały, rozpylono środek o nazwie “Agent Orange”, który spowodował, że drzewa straciły liście i wrogowi trudniej było się zamaskować. Tylko że skutki tych toksyn widać do dziś. Wśród naszego pokolenia w Wietnamie (czyli potomkowie osób poddanych ekspozycji na teratogenne amerykańskie substancje) urodziło się dużo dzieci z dysmorfiami: brak rąk, nóg, rozszczepy w obrębie twarzy, palców. Według naszych hostów każdy ma kolegę z jakimiś zniekształceniami. Konsekwencje imperialnej polityki Stanów Zjednoczonych ponoszą niczemu winne wnuki (!) żołnierzy walczących o niepodległość swojego kraju. A wujek Sam jakoś nie wykazuje chęci zadośćuczynienia.

Sajgonki z Ha Noi. Tzn. hanojki.

Hanojki na stole, Hanojka (Rose) przy stole. I jeszcze jej mąż i Ania.

Dzień 99

Miły początek dnia przy śniadaniu złożonym z naleśników ryżowych z grzybami i wietnamskiej kawie. Mam wrażenie, że tu wszystko można zrobić z ryżu: makaron, naleśniki, kluchy parowane, krakersy a nawet słodycze. Kawę parzy się tu w sposób wyjątkowy: nad filiżanką umieszcza się metalowe sitko/filtr, gdzie sypie się zmieloną kawę, zalewa wrzątkiem i czeka się, aż czarny płyn przesączy się do filiżanki. Trwa to około 5 minut, które – jak sugerowała Rose – można spędzić na cieszeniu się chwilą i obserwowaniu otoczenia. Tę diabelnie mocną kawę należy przelać z filiżanki do szklanki wypełnionej lodem i dorzuca się jeszcze łyżeczkę mleka skondensowanego. Voila! W trakcie naszego “cieszenia się chwilą i obserwowania otoczenia” spostrzegliśmy panią palącą kartony w czymś, co wyglądało jak bogato zdobiony wolnostojący pękaty kominek z metalu. Okazało się, że to specjalne piece, używane do czczenia przodków. Cokolwiek papierowego spali się w piecu, to dany przodek będzie mógł z tego korzystać “w zaświatach”. Widzieliśmy też ołtarzyki dla przodków, gdzie stały napoje, przekąski, ale też puszka mleka skondensowanego i paczka papierosów – najwyraźniej dbano o wszelkie zachcianki swoich przodków.
Mimo, że tego typu piece można spotkać często na mieście, Wietnamczycy w większości są niewierzący, ale gdy już wyznają jakąś religię, zwykle jest to charakterystyczny dla tych rejonów świata buddyzm.
Przetransportowaliśmy się z Hanoi autobusem nad zatokę Halong. Całe Halong wygląda jak wielki plac budowy, dawno nie widziałam tylu świeżo wznoszonych budynków w jednym miejscu. Nasza nowa hostka Anh Tho mieszka sama w dużym mieszkaniu w jednym z nowocześniejszych budynków. Rzuciła pracę księgowej, teraz zajmuje się sprzedażą domów i marzy o własnym hotelarskim biznesie. Wieczorami uczy angielskiego dzieciaki z bloku. Poprosiła nas o pomoc przy ogarnianiu lekcji z dwoma siedmiolatkami. W trakcie zajęć na temat rodziny, przedmiotów w klasie i liczenia uświadomiłam sobie, że nie jestem pewna, czy formułuję poprawnie gramatycznie podstawowe zdania. Trochę to żenujące biorąc pod uwagę poziom zupełnie początkujący uczniów naszej gospodyni, ale z drugiej strony to cieszy – jeszcze kilka lat temu bałam się odezwać po angielsku, aby nie popełnić jakiegoś szalenie zawstydzającego błędu gramatycznego (takie skrzywienie ze szkoły), a w tej chwili nawet nie myślę o gramatyce i paradoksalnie uważam to za duży postęp. Dzieciaki siedziały w mieszkaniu prawie trzy godziny i mój podziw do wszystkich korepetytorów tego świata znacznie wzrósł. Wraz z nami u An Tho nocuje również Chinka z Szanghaju; najwyraźniej nie wszyscy Wietnamczycy wzbraniają się przed nocowaniem gości z Chin. Niestety, nie mieliśmy za bardzo okazji porozmawiać, bo gdy tylko korepetytanci się zwinęli, my wykończeni poszliśmy spać.

To w sumie dziwny pomysł. Zielona herbata z bitą śmietaną.

To w sumie dziwny pomysł. Zielona herbata z bitą śmietaną.

Print Friendly, PDF & Email

1 Comment

  1. pieknarelacja pieknarelacja
    29 November 2016    

    guz kulszowy, to po polsku dupa?:)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail