or There and Back Again with photographs

Karakol i okolice. Kirgiskie mrozy i gorące źródła

Dzień 152

Około południa złapaliśmy marszrutkę do Karakol, kiedyś znanego jako Przewalsk. Warunki drogowe są kiepskie, ale nie tragiczne. Może dlatego, że mają mało dróg (w końcu 2/3 kraju zajmują wysokie góry) to w miarę o nie dbają? Paliwo jest tutaj tanie, po przeliczeniu wychodzi około 2 zł/l, ale jakość pozostawia sporo do życzenia; tak jak w Polsce sprzedaje się benzynę 98 i 95, tak w Kirgistanie – 92 i 80. Na drogach widzimy albo rozlatujące się łady pamiętające z pewnością poprzedni ustrój, albo duże japońskie samochody, głównie Hondy. Zagadką jest dla nas, skąd Kirgizi sprowadzają swoje maszyny, bo duża ich część ma kierownice po prawej stronie (jak w Anglii czy w Japonii), mimo że w kraju obowiązuje ruch prawostronny.

Dzisiaj i następne kilka nocy śpimy w domu Elviry, naszej jedynej kirgiskiej couchsurferki. Elvira żyje biednie. Domek, w którym się zatrzymaliśmy, składa się z czterech izb w tym kuchni, ocieplanych piecami na drewno/węgiel. Kanalizacji brak, toaleta na zewnątrz, naczynia myje się w misce, podobnie twarz i ręce. Elvira mówiła, że wszyscy jej goście, jak chcą się wykąpać jeżdżą do łaźni miejskiej, do bani (ok. 5zł za wejście). Poza Elvirą, jej mężem Azamatem i dwiema córkami (akurat zimującymi u dziadków) w domku mieszka też szwagier z żoną i 5 miesięcznym synkiem, kuzynka z Biszkeku, no i my. Na każdą rodzinę przypada jeden pokój. Nasza gospodyni zasugerowała, że zwykle jej goście dorzucają się do budżetu domowego płacąc około 12zł/os za noc. Jest to wbrew idei couchsurfingu, ale nie marudzimy w myśl zasady, że nie ma czegoś takiego, jak podróżowanie za darmo – po prostu ktoś inny ponosi koszta. I dopóki tym kimś jest Amerykanin fundujący nam obiad to nie mamy skrupułów, ale już w Kirgistanie, gdzie średnia krajowa wynosi 800 zł (a na prowincji jeszcze mniej), rolę się odwracają i to my jesteśmy przybyszami z bogatego zachodu.

Wieczór spędziliśmy przy herbacie i zupie ryżowej (ryż, ziemniaki, marchew). Elvira jest nauczycielką angielskiego, za godzinę korepetycji zarabia zawrotne 3 zł. Poza tym dorabia sobie wieczorami w fabryce szyjącej ubrania i tapicerki na eksport do Kazachstanu i Rosji. Jej mąż jest elektrykiem zimą, a latem pracuje na budowach. Kuzynka zaś prowadzi sklepik, gdzie sprzedaje dywany i ręczniki sprowadzane z Chin. Twierdzi, że w Kirgistanie jest bardzo mało bezdomnych i nawet jak ktoś ma problemy ze znalezieniem stałej pracy, to dbając o własny ogródek i owce (a owce ma tu każdy) nie będzie się głodnym. Latem robi się dużo zapasów na zimę: baniaki słodkich konfitur (zwłaszcza malinowych i truskawkowych), kisi się ogórki, pomidory i kapustę, usypuje się kopce z marchewką i ziemniakami. W zasadzie to jak w domu, może bez kiszonych pomidorów.

Stan dróg po świeżych opadach.

Stan dróg po świeżych opadach.

Dzień 153

Na podłodze w naszej izdebce (mogłabym używać słowa „pokój”, ale „izba” lepiej oddaje surowość wnętrza) rozłożyliśmy sobie materace i wełniany gruby koc, na to gruba pościel i, mimo iż na dworze -15, a od okien ciągnie strasznie, jakoś przespaliśmy noc w cieple. W takich warunkach człowiek kilka razy się zastanowi, zanim wieczorem poprosi o dolewkę herbaty.

Kuzynka naszej gospodyni, Ajka, nosi na palcu obrączkę, ale przy pytaniach o męża, okazało się, że owego brak. Sama obrączka chroni ją przed porwaniem. Jakim porwaniem? – pytamy. Otóż w Kirgistanie, zwłaszcza na prowincji, wciąż funkcjonuje porywanie dziewczyn, jako specyficzna forma zaręczyn. Szwagier Elviry w ten sposób znalazł sobie żonę. Po kilkunastominutowej rozmowie stwierdził, że to Ta… i ją porwał. Obecnie wychowują już 5-miesięcznego Bajana. A dziewczyny się na to godzą? – pytamy zdziwieni. Czasem protestują, ale matki i babki je uciszają twierdząc, że je też porwano i dobrze na tym wyszły. Ale tak po prawdzie, to prawo zakazuje już takich praktyk, bo owocowały one dużym odsetkiem rozwodów, około 40%.

Wybraliśmy się dzisiaj do łaźni miejskiej, tzw. bani. Ponieważ obowiązuje w nich strój Ewy  (osobno są pomieszczenia dla kobiet i mężczyzn), stwierdziliśmy, że dopłacimy kilka złotych i za 15 zł wynajmiemy banię prywatną. Jak to w ogole wyglądało. Na wejściu pani wręczyła nam po blaszanej miednicy, chochli do polewania się i klapkach. W pierwszym pomieszczeniu były szafki, gdzie można było się rozdziać i zostawić rzeczy, w drugim – prysznic i krany do wyboru z wrzątkiem i lodowatą wodą, a trzeci stanowiła sauna z rozgrzanymi kamieniami. I tak spędziliśmy ponad godzinę wygrzewając się i polewając lodowatą wodą. Witek brzozowych do chłostania nie było.

Cerkiew w Karakol. Podobno zbudowana bez użycia gwoździ.

Cerkiew w Karakol. Podobno zbudowana bez użycia gwoździ.

Dzień 154

W Karakol funkcjonują dwa biura turystyczne, jedno oficjalne, duże, pełne ulotek, ale z kompletnie niezorientowaną obsługą; i drugie powstałe z prywatnej inicjatywy, zrzeszające przewodników i organizatorów wycieczek o niebo lepiej doinformowanych. Dobrze, ze zaszliśmy do obu, bo gdy w pierwszym pytaliśmy o gorące źródła w okolicy, powiedziano nam, że niestety na zimę są zamknięte. Jak łatwo się domyślić u tych lepiej doinformowanych usłyszeliśmy coś zgoła innego, dodatkowo dostaliśmy mapkę i dokładne wskazówki. I tak rano wsiedliśmy w marszrutkę do Ak-Suu, skąd startował 16-kilometrowy szlak do gorących źródeł Altyn-Arashan. Dookoła śniegu po pas, ale droga do basenów termalnych uczęszczana – sporadycznie, ale na tyle często, że śnieg był na niej ubity i nadawał się do chodzenia. Cudna trasa! Wiodła doliną, wzdłuż potoku, po bokach szczyty, pierzynka ze śniegu, bezchmurne niebo, ach, ach. W 4 godziny wspięliśmy się na 2600 m.n.pm. (startowaliśmy z 1600 m). Na końcu doliny – osada, a właściwie kilka chatek na krzyż. Pukamy do jednej, do drugiej, głucho. Tylko jeden dom okazał się być zamieszkały. Na spotkanie najpierw wybiegły nam cztery szczekające psy, potem łaszący się kot, a na końcu wąsaty gospodarz. Pytamy, czy można u niego nocować. Tak, tak, tylko trzeba było zadzwonić, to by nagrzał, a tak zimno będzie. No i było. Ostatecznie spaliśmy na metalowych pryczach w wychłodzonej lepiance (kilka godzin hajcowania w piecu w pomieszczeniu obok niespecjalnie wpłynęły na temperaturę w naszej sypialni). Jak dobrze, że wzięliśmy nasze puchowe śpiwory. Nie zapominajmy jednak o gorących źródłach. I to takich naprawdę gorących 40-50 stopni – po dziesięciu minutach zaczęło nam się kręcić w głowie. Zresztą nie wskazane było zbyt długie moczenie się, bo Michał wyczytał, że w skład pierwiastków wzbogacających wodę wchodzi… radon. Zminimalizowaliśmy dawkę milicurie ograniczając czas ekspozycji do tych kilkunastu minut.

Pan gospodarz poczęstował nas plowem (smażony ryż z mięsem i startą marchewką) i herbatą. Wieczorem terenowym Nissanem na łańcuchach przyjechali jeszcze dwaj panowie (w tym jeden mieszkający tu na stałe Belg) obalić z gospodarzem piersiówkę i wygrzać się w gorących źródłach, ale na noc nie zostali. Jedyny nasz kontakt z nimi ograniczał się do wpuszczenia kota do naszej sypialni (oni), który wykorzystał okazję i zeżarł nam pół chleba (kot), oraz do delikatnego acz sugestywnego ochrzanu, aby uważać, gdzie się kota wpuszcza (ja).

Po zmierzchu temperatura spadła do -20. Michał robił kilka podejść do time lapsów (mnóstwo gwiazd na bezchmurnym niebie i te szczyty w kadrze…), ale aparat po kilkunastu minutach odmawiał współpracy, po prostu zamarzał. Nie pamiętam takiego zimna w tak prowizorycznych warunkach. W ramach radzenia sobie, zamieniliśmy butelkę z wodą w termofor a Michał nagrzał na piecu cegłę, którą potem owinął ręcznikiem i włożył do śpiwora – spełniała swoją rolę idealnie. Plus taki, że w całej dolinie byliśmy sami. Latem podobno przyjeżdża tu codziennie kilkadziesiąt osób – w takich warunkach ciężko kąpać się na golasa w basenie, a jak nikogo innego nie ma…

Altan Arashan, w tłumaczeniu złote SPA.

Altyn-Arashan, w tłumaczeniu “złote SPA”.

Dzień 155

Ciężko było rano wyjść ze śpiwora, ale zgodnie stwierdziliśmy, że jak na szlaku w Kanadzie śnieg przysypał nam namiot, a trzeba było jeszcze ugotować na kuchence owsiankę, wtedy było jeszcze trudniej. Tutaj – luksusy: gospodarz wstał przed nami i napalił w piecu, śniadanko mogliśmy przygotować i zjeść w jadalni (puszki rybne z lepioszką, płaskim krągłym chlebkiem). Przy okazji odkryliśmy sposób na odświeżenie (i rozmrożenie) chleba: wystarczy na chwilę położyć go na piecu, tylko trzeba uważać, żeby go nie spalić. Przed opuszczeniem Altyn-Arashan wskoczyłam jeszcze na chwilę do basenu, coby się rozgrzać przed drogą powrotną.

Kolejny bezchmurny dzień, tym razem słońce w plecy i z górki, więc wracało nam się i szybciej i przyjemniej. Jedyny stresujący moment dotyczył wielkiej zamarzniętej kałuży na trasie, której wczoraj jeszcze nie było, a która po pierwszym załamaniu się pode mną lodu okazała się być wcale wartkim potokiem. Oboje zamoczyliśmy kilka razy stopy próbując ją sforsować w różnych miejscach. Michał ostatecznie postanowił rozłożyć swój ciężar na cztery punty podparcia (tzn. przepełzał na czworaka), ja – jako lżejsza i bez plecaka – ostrożnie przeszłam jego śladem. Największy problem stanowiła woda wyciekająca ze zrobionych przez nas dziur i rozlewająca się po lodzie. Po pierwsze – plus milion do śliskości, po drugie – Michał po swoim karkołomnym trawersie odmroził sobie dłonie (stopień I, ale i tak bolesny).

Bez większych problemów wróciliśmy do Karakol. Pierwszy przystanek – obiad. Odkryliśmy kolejne całkiem smaczne danie kuchni kirgiskiej: kuurdak. Składa się z gotowanych, a potem podsmażanych ziemniaków i kawałków smażonej wołowiny. Tłuste, ale smaczne, tylko trochę mało w tym wszystkim witamin. Tutejsze domowe jedzenie w ogóle wydaje nam się raczej ubogie w składniki odżywcze inne niż węglowodany. Innego razu na obiad u Elviry zostaliśmy poczęstowani smażonym makaronem z cebulą, dzisiaj wieczorem – smażonym ryżem z cebulą i śladowymi ilościami marchewki (plus za marchewkę). Przetwory z malin i jagód ratują sytuację.

Wejście do gorących źródeł.

Wejście do gorących źródeł.

Dzień 156

Kolejna trudna pobudka. Nie ze względu na porę, bo ta jak na nas późna, ale ze względu na zwyczaje grzewcze naszych gospodarzy, czyli „palimy w piecu tylko wieczorem, nawet jak na dworze trzaskający mróz a okna nieszczelne”.

Obraliśmy sobie za cel wybadanie warunków narciarskich w ośrodku położonym kilka kilometrów za Karakol. Jest to podobno najlepszy ośrodek w Kirgistanie, zjeżdżają się tu głównie Rosjanie i Kazachowie. Z centrum podjechaliśmy jak daleko się dało marszrutką, a potem planowaliśmy podejść na piechotę. Szybko natknęliśmy się na szlaban, gdzie Kirgiz w mundurze poinformował nas, że tu się zaczyna park narodowy i za wstęp jest 250 somów (15 zł) od osoby. Ostatecznie zwrócił nam stówkę w ramach promocji dnia specjalnie dla Polaków. Do resortu jeszcze 8 km. Tak jak wczoraj szło szło nam się bardzo dobrze doliną, tak już dzisiaj po oblodzonym asfalcie – niekoniecznie. Zwłaszcza, że na jeszcze bardziej oblodzone pobocze raz po raz spychały nas wielkie rosyjskie Lexusy zmierzające w tym samym kierunku – na stok. Zmotywowało nas to do kolejnych prób łapania stopa. I udało się! Zatrzymała się 30-letnia wołga z czwórką milicjantów w środku. Pytamy, czy bezpłatnie? Tak, tak bezpłatnie, wsiadajcie. Wbrew opinii krążącej w internecie, że milicjanci to najwięksi naciągacze, panowie byli bardzo mili. Wołga tańczyła na oblodzonej drodze, nie obyło się bez popychania jej pod ostrzejsze wjazdy, a i tak ostatecznie tuż przed samym ośrodkiem nie dała rady i została porzucona na ośnieżonym poboczu. Już prawie, prawie, udał nam się bezpłatny autostop, tylko, że kierowca na sam koniec trasy obudził się, że jednak to by mu się przydało 200 somów (12 zł) na benzynę. Może jest coś prawdy w tych krążących o milicjantach opiniach?

Ośrodek narciarski położony na około 3 tys. metrów na pewno nie narzeka na brak śniegu. Karnet kosztuje 1200 somów/dzień, czyli za 72 zł można korzystać z czterech wyciągów krzesełkowych, z których najdłuższy ma 3,5 km. Wyciągi z tych starszego typu (żadne podgrzewane kanapy, czy gondole, które można znaleźć w polskich ośrodkach), same stoki na górze szerokie na dole wąskie. Duży plus – bardzo mało ludzi, a przecież są ferie. Na stoku był jeden hotel, więc jest możliwość spania tuż przy wyciągach. Widoki jak w Alpach, ale już ceny jedzenia zdecydowanie nie alpejskie. No, ale nie oszukujmy się, takie warunki byłyby super w Polsce, ale nie, gdy trzeba przelecieć pół Azji dla czterech wyciągów krzesełkowych, nawet gdy bilety lotnicze są po 600 zł. Sami ograniczyliśmy się jedynie do wjechanie kanapami na punkt widokowy, zmarznięcia, zrobienia zdjęć i zjechania. Nie pokusiliśmy się o skipass – za dużo zachodu z wypożyczaniem sprzętu. Do Karakol wróciliśmy również autostopem, tym razem od początku do końca bezpłatnym. Zabrał nas wracający z pracy na stokach pan w terenowym Hyundaiu. Da się? Da się.

Jako że wczoraj był WOŚP, w imieniu Wałcza (i całej Polski) wsparliśmy 5-miesięcznego Bajana banknotem tysiącsomowym (60 zł). Dla nas to niewielkie pieniądze, ale dla jego rodziców to równowartość rządowego wsparcia. 60 zł – tyle jednorazowo dostaje się na nowo narodzone dziecko w Kirgistanie. Płatnych urlopów macierzyńskich brak, o 500+ nie wspomnę. Z ciekawostek kulturowych: zwykle można dostać nawet 3 tys. somów, ale szwagier Elviry (ojciec Bajana), jako najmłodszy syn w rodzinie tradycyjnie powinien mieszkać z rodzicami, dlatego też świadczenie na dziecko jest mniejsze. A to, że nie mieszka i musi sobie radzić sam nijak nie wpływa na rządową pomoc.

Góry, góry, śnieg. To cały Kirgistan.

Góry, góry, śnieg. To cały Kirgistan.

W ostatni wieczór podpytaliśmy rodzinę Elviry o Manasa, ich półmitycznego bohatera narodowego. Nie spodziewaliśmy się, jaką dyskusję wywołamy, głównie po kirgisku, więc siedzieliśmy w kuchni, obserwując jak jej mąż z kuzynką energicznie spierają się o przyczynę śmierci herosa. Dowiedzieliśmy się, że w Kirgistanie istnieje funkcja “opowiadacz Manasa” – są to osoby, które w stanie bliskim transu z głowy recytują poemat o jego życiu, przy czym większość z tego, co opowiadają powstaje na bieżąco. Opowiadali nam o 3-letnim chłopcu, który został takim bajarzem; fenomen, bo dziecko jeszcze nie umiało czytać, więc jego trans traktowano niczym objawienie.

Elvira z rodziną bardzo chce wyjechać z Kirgistanu, najlepiej do Stanów, czy innego anglojęzycznego kraju, gdzie mogłaby wykorzystać znajomość tego języka. Mówi, że nie chce wyjeżdżać za pracą do Kazachstanu, Rosji czy Turcji (najpopularniejsze kierunki dla emigrantów zarobkowych), bo Kirgizi są tam bardzo dyskryminowani i zarabiają maksymalnie 500$ miesięcznie. A w Stanach wszyscy są traktowani równo: biały, czarny, Kirgiz dlatego Elvira ma nadzieje na lepsze warunki życia. Tylko, aby ubiegać się o wizę do któregokolwiek z anglojęzycznych krajów, trzeba posiadać spore oszczędności (10 tys. dolarów na każdego dorosłego) i własną nieruchomość. Słuchając o takich problemach, człowiek zaczyna naprawdę doceniać moc własnego paszportu (a polski jest wysoko w rankingach!).

Widok na Karakol, jezioro Issyk-Kul i mnóstwo gór.

Widok na Karakol, jezioro Issyk-Kul i mnóstwo gór.

Print Friendly

2 Comments

  1. Łukasz Łukasz
    19 January 2017    

    Hugo Bader w Białej gorączce pisał chyba, że Rosjanie na wschodzie na potęgę sprowadzają samochody z kierownicą po drugiej stronie z Japonii, więc spodziewam się, że to jednak stamtąd stopniowo dopływają samochody i do Kirgistanu.

    I była jakaś katastrofa na lotnisku Manasa w Biszkeku 3 dni temu. Dotarła do Was taka informacja, czy w Kirgistanie ze śmierci 37 osób nie robi się wielkiego halo?

    • Ania Ania
      22 January 2017    

      Białej gorączki jeszcze nie przeczytałam, czeka w kolejce na Kindlu. A informacji dotarła, ale od naszych rodziców. Z Kirgizami mamy ostatnio jedynie przelotne kontakty, raczej jako klient-sprzedawca

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail