or There and Back Again with photographs

Kazbek część 2. U bram Mordoru

Nocleg w stacji meteo, czyli rozbicie namiotu na skałach tuż pod nią, kosztuje 10 lari za osobę za noc. To bardzo ruchliwe miejsce. Praktycznie cały czas jest tutaj kilkanaście namiotów. Gdy jedni wracają na niziny, chwilę później ktoś przychodzi na ich miejsce.
Standardowy plan przewiduje w tym momencie jeden dzień aklimatyzacji. I słusznie, bo wymiotowanie podczas wchodzenia na szczyt może zamazać wspomnienia przepięknych widoków. Aklimatyzacja to nie tylko siedzenie na wysokości i wdychanie rozrzedzonego powietrza. Warto ruszyć gdzieś w górę by zmusić organizm do większego wysiłku. W tym celu można wybrać jedną z dwóch tras. Pierwsza, czyli wyprawa na plateau, to przetarcie szlaku przed atakiem szczytowym, ok. 3 godziny drogi by wspiąć się na 4000 m i tyle samo by wrócić. Druga, moim zdaniem dużo bardziej interesująca, to strome podejście do kapliczki znajdującej się 300 metrów ponad meteo stacją. My wybraliśmy drugą opcję i zabrało nam to ok. 40 minut w jedną stronę.

Stacja Meteo - ostatni nocleg przed szczytem

Stacja Meteo – ostatni nocleg przed szczytem

Widok z kapliczki jest wprost nieziemski. Patrząc w stronę Kazbegi można zachwycać się panoramą Kaukazu, spoglądając w przeciwnym kierunku – majestatycznym i dostępnym prawie na wyciągnięcie ręki Kazbekiem. Z tej perspektywy wygląda jakby wystarczyło podejść trochę żlebem, godzinka wspinania, może dwie i już jesteśmy na szczycie. Po dłuższych analizach można jednak zauważyć strumienie błota i śniegu porwające kamienie i płynące po domniemanych ścieżkach wiodących na skróty na szczyt. Strumienie te równie dobrze mogą zabrać i zbyt ciekawskiego wspinacza, który zapragnął wyznaczyć własną drogę.
Wspinaczka do kapliczki jest najlepszym pomysłem na zakończenie trasy w przypadku braku odpowiednie sprzętu. Tak zresztą zakończyła się podróż dla zapoznanego Węgra, Zoltana, którego spotykaliśmy każdego dnia na trasie lub w obozie.

Kazbek tak blisko

Kazbek tak blisko. Widok z kapliczki na 4000 m n.p.m.

W wigilię zdobywania szczytu warto porozmawiać z osobami opiekującymi się stacją, by zorientować się w kwestii pogody. Niektórzy mówią po angielsku, a wszyscy chętnie pomogą. Nasza prognoza (przewidywane burze po godzinie 12 w południe) wymusiła na nas niestandardowy przebieg wędrówki. Zwykle wspinaczkę zaczyna się ok. 2-3 w nocy. My o 1:15 byliśmy już na szlaku.

Dzień przed zdobywaniem szczytu ciężko było zasnąć. Podekscytowanie, łopoczący namiot, niezbyt już świeże skarpetki w namiocie i fakt, że słońce dość długo jeszcze utrzymywało się na horyzoncie. Wszystko to wywoływało frustrację, która nie pozwalała spokojnie zebrać sił.

Podróż nocą przez lodowiec wyostrza zmysły i podsyca wyobraźnię. W drodze do plateau trzeba minąć wielkie osuwiska, z których co chwilę odpadają kamienie, niektóre wielkości biurka. Lepiej nie myśleć o tym zbytnio, gdy pokonuje się tę trasę w nocy. Dźwięk toczących się kamieni niesie się echem dookoła, lecz jest trudny do uchwycenia i zlokalizowania. Nastroje pełne obaw w czasie wędrówki potęgowała również burza widoczna na horyzoncie i podświetlająca co chwilę poszarpane szczyty Kaukazu. Na szczęście chmury pokrywały tylko część nieba. Ta odkryta usiana była gwiazdami, pojawiającymi się w takich nieskończonych ilościach tylko daleko od dużych siedzib ludzkich. W dodatku dopisujące co roku w tym czasie perseidy spadały co chwilę, pozostawiając wiele okazji do życzeń, zachęcając do snucia planów na przyszłość, nie tylko górskich.

Widok w kierunku północnym - ognista Rosja

Widok w kierunku północnym – ognista Rosja

Po ok. 3 godzinach marszu po kamieniach, śniegu, lodzie doszliśmy do plateau. Słońce zaczęło nieśmiało wynurzać się zza linii horyzontu. Jest to moment, w którym rozpoczyna się bardziej forsujący etap wspinaczki. Nachylenie znacząco wzrasta. Po pewnym czasie ujrzeliśmy rozżarzoną kulę Słońca wznoszącą się nad Rosją. Skojarzenia z Mordorem nasuwały się same. Tak oto z widokiem na kraj Saurona zdobywaliśmy Kazbek. Właściwie do samego szczytu prowadzi ścieżka. Jej widoczność w dużym stopniu zależy od warunków pogodowych. Nam się poszczęściło, bo od dnia poprzedniego nie padał śnieg, ścieżka zatem przykryta była jedynie nawianą przez noc warstewką luźnego puchu.
Szlak wydeptany przez poprzednich wspinaczy nie jest idealny zatem osoba, która prowadzi, zdecydowanie bardziej się zmęczy.
Kazbek to bardzo podstępna góra. Dostarcza tyle nadziei co i rozczarowań. Pod koniec wędrówki robi się na tyle stromo, że zmęczeni kilkugodzinnym marszem i rozrzedzonym powietrzem musieliśmy robić przystanki co kilka kroków by głębiej zaczerpnąć powietrza.

Szczeliny w lodowcu, ludzie dla skali

Szczeliny w lodowcu, ludzie dla skali

Nie wierzcie w przechwałki zasłyszane w stacji meteorologicznej. Jasne, że można na ten szczyt praktycznie wbiec i wierzę, że spotkałem tam ludzi do tego zdolnych. Ale na pewno nie byli to ci, którzy najgłośniej chwalili się swoimi osiągnięciami. Z grupy spotkanych 40-latków z Warszawy, chwalących się swoim przepisem (sauna + aspiryna) na kondycję godną Szerpów nie wszyscy weszli na szczyt. Wymioty naprawdę utrudniają poruszanie się na dwóch nogach (nie wspominam nawet o brudnym szaliku i staram sobie zbyt obrazowo nie wyobrażać osób, które wybierają kominiarki na tą okazję).  Równocześnie ze zwiększeniem nachylenia oczom wędrowców ukazuje się pierwszy szczyt. Nie dajcie się zwieść! To jeszcze nie Kazbek. Ten następny też nie. Dopiero trzeci okazuje się być szczytem. Może łatwiej je rozróżnić gdy pogoda bardziej dopisuje podczas wspinaczki. Chmury, w których zdobywaliśmy szczyt ograniczały widoczność na tyle, że nie byliśmy pewni gdzie właściwie się znajdujemy.

Kazbek (5034 m n.p.m.) zdobyty. Widoki nie lepsze od bieszczadzkich na jesień

Kazbek (5034 m n.p.m.) zdobyty. Widoki nie lepsze od bieszczadzkich na jesień

Po 7 rano zdobyliśmy szczyt. Duma z dobrze wykonanego zadania, euforia, która znacząco podładowała już trochę wyczerpane organizmy. Krótka przerwa na zdjęcia, zalogowanie się do sieci rosyjskiej i wysłanie smsa do Polski. Niestety widoki przykryła mleczna biel chmur, które 30 minut po naszym zejściu z wierzchołka zaczęły się rozwiewać. Jednak idea powrotu na szczyt dla widoków nawet dla mnie wydawała się zbyt szalona.

Panoramy kaukaskie przy zejściu

Panoramy kaukaskie przy zejściu

Dobre tempo, które narzuciliśmy od początku i paliwo w postaci poo-barów sprawiło, że byliśmy pierwsi tego dnia na szczycie. Co z kolei uczyniło z nas ekipę ratowniczą dla dotkniętych chorobą wysokościową rodaków. Tych przechwalających się i tych normalnych. Zebraliśmy dwie sztuki i ruszyliśmy dalej w dół ku stacji meteorologicznej. Tomek, który schodził z nami ze szczytu miał na tyle dobre tempo, że regularnie ucinał sobie drzemki na śniegu gdy ja zajmowałem się robienie zdjęć. Na dźwięk ostatniej migawki wstawał i szliśmy dalej, myślę, że to świetne podświadome przystosowanie do pełnienia dyżurów nocnych w szpitalach, które czeka go już wkrótce.

Poobary - paliwo rakietowe dla ludzi

Poobary – paliwo rakietowe dla ludzi

Reszta tego dnia zaciera się w jeden wielki marsz. Zdobycie szczytu z bazy zajęło nam ok. 10 godzin. Potem chwila odpoczynku, krótka drzemka i czas ruszać do Kazbegi na zimne piwo i chaczapuri. Schodziliśmy do wioski w weekend, więc dostępność noclegów była mocno ograniczona, ale taka uroda tego narodu – spytajcie na ulicy kogokolwiek, czy nie wie gdzie znaleźć nocleg, zaraz zaangażuje wszystkich swoich kuzynów, babcie, ciotki i kumpli od piwa, by coś znaleźć. Standardem jest nocleg z jedzeniem w cenie. Czasem to jedzenie eskaluje do również darmowych trunków alkoholowych z domowej wytwórni gospodarza.

Print Friendly

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail