or There and Back Again with photographs

Kolejne dni na Jedwabnym Szlaku i nasza wyjątkowa pociągowa Wigilia

Dzień 130

Dojechaliśmy do Dunhuang. Fakt, że w całych Chinach jest tylko jedna strefa czasowa zaczyna nam się dawać we znaki – słońce wschodzi tuż przed 9. Według przewodnika w Dunhuang dochód na mieszkańca jest jednym z najwyższych w całych Chinach, a to dzięki inwestowaniu w energię odnawialną, w panele słoneczne i turbiny. Miasteczko zdaje się być położone pośrodku pustyni. Jak się okazuje – pustyni Gobi, egzotyczna, ale tak dobrze znana z geografii nazwa, a my tuż obok. Niesamowite. Przy okazji dowiedzieliśmy się o kolejnym ambitnym pomyśle Chin, tym razem o Zielonym Murze Chińskim. Jest to stuletni plan polegający na masowym sadzeniu drzew przy pustyni, aby walczyć z jej rozprzestrzenianiem się. Ze względu na to, że Chińczycy idą w ilość, a nie jakość ich sztucznie sadzone lasy są bardzo podatne na jakiekolwiek niekorzystne warunki. Pomysł i jego wykonanie spotkały się z dużą krytyką.

Zmęczeni po nieprzespanej nocy w pociągu, cały dzień spędziliśmy z naszymi nowymi couchsurferami: Evą, jej mężem i 11-miesięczną córeczką Cecylią. Ona na co dzień opiekuje się dzieckiem, a on pracuje w kratkę dla koncernu naftowego. W kratkę, czyli miesiąc prawie nonstop i następny miesiąc ma wolny; akurat trafiliśmy na jego wolne. Pokazywali nam na zdjęciach, jak wyglądają okoliczne pola wiosną i latem. Patrząc na pustkowie za oknem, aż nie chce się wierzyć, że kiedy indziej pokryte jest bawełną i największymi w Chinach plantacjami winogron. Opowiadali też o Święcie Wiosny, które pokrywa się z Chińskim Nowym Rokiem i w tym roku wypada na początku lutego. Jest to przede wszystkim rodzinne święto, bliscy zjeżdżają się z całego kraju. Na stole stawia się 9, 19 lub 29 potraw w zależności od ilości osób – cyfra 9 najwyraźniej przynosi szczęście. Dzieci dostają prezenty, najczęściej pieniądze, a o północy wychodzi się na dwór i podziwia fajerwerki. Jest to największe święto w roku, jak dla nas Boże Narodzenie.

Wódka z grzybów żyjących w larwach ciem.

Wódka z grzybów żyjących w larwach ciem.

Mąż Evy większość wolnego chyba spędza w kuchni, bo jak przyjechaliśmy do nich przed południem to już szykował lunch dla nas wszystkich, a po lunchu prawie od razu wziął się za obiadokolację. Możemy dzięki temu spróbować domowej kuchni chińskiej prowincji Gansu, której podstawą jest wieprzowina. Poruszyliśmy też temat chińskiej medycyny naturalnej, na co pan domu wyciągnął karafkę z wódką zrobioną na bazie grzybów żyjących w gąsienicach (tak to przynajmniej opisali). Poczęstował nią Michała, i to nie raz. Co raz rzadziej proponowana jest nam łyżka (widelców jeszcze w domach nie widziałam), gdy gospodarze widzą, że nie radzimy sobie tak dobrze z pałeczkami. Jedząc coś, co wyglądało jak bardzo gruby makaron z fasoli (miękkie, trochę oślizgłe, o smaku przypraw, w których było zanurzone, całkiem niezłe), pytamy, co to takiego. „To? Świńska skóra”.

Wydmy i winnice. Kwintesencja Dunhuang.

Wydmy i winnice. Kwintesencja Dunhuang.

Dzień 131

Nasi gospodarze pożyczyli nam rowery, więc wybraliśmy się na przejażdżkę po okolicy w orzeźwiającym kilkustopniowym mrozie. Jechaliśmy po gładkim, nowym asfalcie, po naszej prawej podziwialiśmy wysokie, piaszczyste wydmy. Po lewej natomiast mijaliśmy mnóstwo wielbłądów dwugarbnych, inaczej baktrianów. Może w końcu nauczę się je rozróżniać od dromaderów, zawsze kręcę który, to który… Są zdecydowanie bardziej włochate i przysadziste, i mają coś zabawnego w pyskach – to pewnie to pokrewieństwo z alpakami.

Dojechaliśmy do wioski, gdzie Chińczycy ogrodzili wydmy płotem i każą sobie płacić kilkadziesiąt złotych za wejście. Że też Marokańczycy jeszcze na to nie wpadli i wciąż wpuszczają turystów na Saharę za darmo… Przy okazji kupiliśmy bilet autobusowy do najbliższej miejscowości (Liuyang), skąd odjeżdżają pociągi dalej na zachód. Dunhuang jest ślepą uliczką, jeśli chodzi o kolej, na szczęście nie tak trudno się wydostać.

Skończyłam kolejną dobrą książkę „Szkarłatny płatek i biały” Michela Fabera. Z suchego pustkowia przenosiła mnie do wilgotnego i brudnego XIX-wiecznego Londynu. Książka opowiada historię prostytutki z dzielnicy biedy. Autor splata jej losy z pewnym nieszczęśliwym angielskim małżeństwem. Klimat świetny, epoka wiktoriańska, jej pruderyjność, zakłamanie i powierzchowność to wdzięczny temat literacki. Opisy obrazowe, by nie powiedzieć, naturalistyczne, ale najbardziej podobały mi się nieoczekiwane zwroty akcji. Autor bezwzględnie krzyżował bohaterom plany, czym mnie drażnił i zachwycał jednocześnie. Naprawdę wciągająca opowieść.

Na rowerach.

Na rowerach.

Dzień 132

Ostatni dzień w Dunhuang. Spędziliśmy go głównie szukając couchsurferów w Kirgistanie i szykując się do kolejnej trasy. W samo centrum jest malutkie i można je przejść w pół godziny. Mieliśmy trochę czasu do autobusu, więc łaziliśmy po markecie. Głównym towarem były hałdy rodzynek, przypraw i herbaty; skusiliśmy się tylko na kanapkę z grillowaną baraniną.

W autobusie do Liuyuan miał miejsce nieszczęśliwy wypadek. Jakimś pechowym trafem metalowa końcówka mojego pasa bezpieczeństwa stuknęła w ekran michałowego Kindla, zostawiając na nim irytująco świetlistą kilkumilimetrową rysę. Mówiąc delikatnie – popadłam w niełaskę.

W pociągach budzimy co raz większą ciekawość. Jeden starszy pan całą kilkugodzinną trasę się w nas wpatrywał z kamiennym wyrazem twarzy. Od czasu do czasu ku mojemu niedowierzaniu smarkał i spluwał na podłogę. Na szczęście chińska kolej zatrudnia całą masę ludzi odpowiedzialnych między innymi za zamiatanie i mycie podłogi w pociągu, średnio co trzy godziny.

Baktriany. Takim to ciepło.

Baktriany. Takim to ciepło.

Dzień 133

Nocnym pociągiem przetransportowaliśmy się z Dunhuang do Turpan. Turpan nazywane jest Chińską Doliną Śmierci ze względu na położenie – 140 m poniżej poziomu morza, druga taka na świecie. Z Turpan pochodzą też najlepsze winogrona w Chinach.

Zanim gdzieś dotrzemy szukamy wcześniej noclegów, najpierw przez couchsurfing, a jak brak hostów, wtedy przez booking.com. Gdy już mamy zarezerwowany lub po prostu upatrzony hostel/hotel (poza sezonem wszystko stoi puste, więc czasem nie rezerwujemy noclegów z wyprzedzeniem, wychodząc z założenia, że na pewno coś się znajdzie) sprawdzamy jak do niego dojechać ze stacji kolejowej/autobusowej. Dzięki temu zwykle po wyjściu z pociągu dosyć pewnie przedzieramy się przez taksówkarzy w kierunku przystanku autobusowego. Na miejscu jeszcze nie zdarzyło nam się znaleźć adresu naszego noclegu bez problemu. Zwykle krążymy po okolicy od pół to półtorej godziny pokazując przechodniom adres po chińsku i licząc na to, że ktoś nas w końcu dobrze pokieruje. Ta część jest chyba najbardziej irytująca a to dlatego, że dla nas chińskie adresy to ciąg nic nam nie mówiących znaczków, nawet nie wiemy, które to nazwa ulicy a które to numer mieszkania.

W jedynym hostelu w Turpanie byliśmy jedynymi gośćmi. Pokoje były bardzo podstawowe, ale to co nam przeszkadzało to fakt, że były też bardzo wyziębione. Kilka godzin włączonej na maksymalne „grzanie” klimatyzacji poprawiło trochę ten stan, ale i tak mocno marzliśmy. Po nieprzespanej nocy w pociągu nie mieliśmy siły na więcej niż spacer po mieście. Zajrzeliśmy też do supermarketu, gdzie zaopatrzyliśmy się w masę przekąsek na Wigilię (to już jutro!), a w sklepie odzieżowym Michał wszedł w posiadanie grubej zimowej chińskiej kurtki – przygotowujemy się na dotkliwsze mrozy.

Aksolotle. Znalezione na targu.

Aksolotle. Znalezione na targu.

Dzień 134

Słońce wstaje co raz później, dzisiaj około 9:30, a my z nim. Na spokojnie, poranna kawka, porcja Youtube’a, około 10:30 stwierdziliśmy, że trzeba coś zjeść i kupić bilet na autobus na dworzec (znów oddalony o 50 km od miasteczka) i zobaczyć najwyższy minaret w Chinach. Zaczęliśmy od dworca autobusowego. Wczoraj byliśmy tam spytać, o której jeżdżą autobusy, pani napisała nam na kartce co najmniej pięć różnych, jeżdżących co godzinę od 12 do 18.

Była 11:08 kiedyś dowiedzieliśmy się, że tam gdzie chcemy jechać, jedzie dzisiaj tylko jeden autobus i to za 32 minuty. Alternatywą jest minumum 5 razy droższa taksówka. Wizja jechania taksówką 50 km dodała nam sił.

O 11:15 dobiegliśmy już do hostelu i zaczęło się najbardziej szaleńcze pakowanie w ciągu naszej całej wyprawy.

O 11:24 wybiegamy z pokoju. Michał sugeruje, żebyśmy oddali klucz, ja na to, że szybciej będzie zostawić go w pokoju i już lecieć na dworzec.

11:33 – pobiegłam przodem i już kupuję dwa bilety, Michał został z tyłu z plecakami.

11:35 – mąż do mnie dołącza i cali zdyszani wsiadamy do autobusu, mamy wciąż 5 minut zapasu, w autobusie zajmujemy się głównie łapaniem oddechu i parowaniem.

Półtorej godziny później siedzimy na śniadanio-obiedzie zadowoleni, że zdążyliśmy, baa, dumni z siebie, że tacy jesteśmy sprawni i szybcy. I wszystko byłoby dobrze, gdyśmy nie odkryli kwitka za kaucję za klucz, której w pośpiechu nie odebraliśmy – 100 juanów, czyli mniej więcej tyle, ile kosztowałaby nas taksówka. Całe nasze zadowolenie pękło jak mydlana bańka i zostało tylko spocenie, zmarznięcie, i fakt, że nie zobaczyliśmy najwyższego minaretu w Chinach.

No, ale dzisiaj Wigilia, nie można się za długo smucić. Po kilku godzinach usadowiliśmy się na naszych „twardych łóżkach” w wagonie sypialnianym. Rozłożyliśmy 15 potraw na łóżku, połamaliśmy się płaskim chlebem zamiast opłatka, złożyliśmy sobie życzenia i cicho pośpiewaliśmy kolędy. Na świątecznym stole mieliśmy (po otwarciu dopiero okazało się, co kupiliśmy): kilka rodzajów marynownego tofu, kilka kawałeczków kurczaka na ostro, zaplątała się też jakaś wołowina, pseudoczekoladowe kulki, paczkę Pringles, Oreo, prażony groszek o smaku czosnku, dziwne cukierki jabłkowe i siatkę mandarynek. Wigilii rodzinnych przed nami jeszcze en (czyli niewiadomo ile, ale optymistycznie myślę, że więcej niż mniej), a taka, spędzona we dwoje w pociągu do Kaszgaru jest prawdopodobnie jedyna i unikatowa, i będziemy ją długo wspominać. Wesołych Świąt!

Przy wigilijnym stole.

Przy wigilijnym stole.

Dzień 135

Po 21 godzinach w pociągu jesteśmy w Kaszgarze, stolicy ujgurskiego autonomicznego regionu Xinjiang (Sinciang). Ludność Han, czyli Chińczycy Chińczycy, są tutaj w mniejszości. Na ulicach głównym nakryciem głowy są chusty (kobiety) i czapki uszatki (mężczyźni). Zaczęły się też futra i wąsy. Ujgurzy to dyskryminowana w Chinach ludność pochodzenia tureckiego i tak też wyglądają: kędzierzawe włosy zamiast prostych jak druty, duże ciemne oczy zamiast skośnych i charakterystyczne nosy. Region – w którym teraz jesteśmy – w ciągu ostatnich stu lat dwukrotnie (nieskutecznie) deklarował niepodległość od Chin. Można sobie wyobrazić, że te dwie grupy Ujgurzy i Han nie darzą się sympatią.

Śpimy w hostelu, poza nami nocuje tu istny kocioł narodowościowy: Hiszpan, Kanadyjczyk, Meksykanin, Portugalka, Indonezyjczyk, Niemiec i Polka z Białegostoku. Wieczorem mieliśmy okazję pointegrować się w tym międzynarodowym towarzystwie, było bardzo sympatycznie. Ponieważ Polka i Meksykanin mieszkają już kilka lat w Chinach mogliśmy dowiedzieć się  trochę o lokalnych problemach. Dowiedzieliśmy się też, że prawo zabrania obywatelom Chin nocowania obcokrajowców i dotyczy całych Chin. Cóż, najwyraźniej nasi couchsurferzy się tym specjalnie nie przejmowali, zresztą wszyscy byli Chińczykami Han. Problem zaczyna się w Xinjiang, gdzie przestrzega się tego wyjątkowo rygorystycznie, zwłaszcza jeśli to Ujgur chce przenocować obcokrajowca. Meksykanin opowiadał, że gdy nocował u znajomego Ujgura ktoś doniósł na policję, że obcokrajowiec śpi w niedozwolonym miejscu. Oboje zostali wezwani na posterunek. Jak to zwykle bywa obcokrajowcowi tylko zeskanowano paszport, natomiast Ujgur miał więcej problemów, podobno nawet dzwonili na jego uniwersytet, aby donieść, że łamie prawo. Nie wiemy, jak kończy się ta historia, ale na pewno jest przestrogą, aby nie narażać ludności ujgurskiej na niepotrzebne nieprzyjemności, jeśli można nocować legalnie w hostelu. Gorzej, jak w hostelu też nie można, bo nie nocuje obcokrajowców, albo po prostu hostelu w danej mieścinie nie ma. Cóż, to wszystko czyni Chiny jeszcze mniej przyjazne swobodnemu podróżowaniu.

W Kashgarze króluje kebab. Ale nie taki jak znamy z polskich (tureckich?) budek, w bułce, z sosami i surówkami. Tutaj przez kebab rozumie się grillowane szaszłyki z baraniny. Bardzo smaczne, polecamy. Natomiast do posiłków już nie polewa się zielonej herbaty, czy wody z makaronu, ale czarną, aromatyczną herbatę z kardamonem; miła odmiana.

Wciąż kombinujemy, jak przedostać się przez granicę do Kirgistanu. Jedną z opcji jest bezpośredni autobus z Kaszgaru, gdzie teraz jesteśmy, do Osh już w Kirgistanie. W tym celu pojechaliśmy na dworzec autobusowy. Olbrzymi, nowoczesny budynek, ale w środku tylko jedna pani, poza tym nikogo. Pytamy jej o autobusy do różnych destynacji, ale odpowiedź niezmiennie brzmi “no bus”. “No bus” i “no bus”. W hostelu dowiedzieliśmy się, że to prawdopodobnie w związku z zasypaniem przejścia granicznego, a nasza kirgijska couchsurferka napisała nam, że sąsiednie przejście na pewno jest zamknięte. Kombinujemy dalej.

Kebab z zupą, która wedle tłumaczonego menu nazywa się "smażony makaron". Muszą popracować nad tłumaczeniami.

Kebab z zupą, która wedle tłumaczonego menu nazywa się “smażony makaron”. Muszą popracować nad tłumaczeniami.

Print Friendly, PDF & Email

Archive

Subscribe

e-mail