or There and Back Again with photographs

Którędy z Chin do Kirgistanu i dlaczego w Osz czujemy się jak w domu

Dzień 136


No to wylądowaliśmy w Kirgistanie. Dosłownie. Ale po kolei. 
Początkowo mieliśmy ambicje, aby próbować przebijać się przez przejście graniczne na przełęczy Irkesztam, tak jak opisano to w Wikitravel (notabene, jestem pozytywnie zaskoczona, jak bardzo Wikitravel przydaje nam się na co dzień, o ile weźmie się poprawkę na różną aktualność wiadomości). To znaczy najpierw transport lokalnym autobusem do Wuqia – pierwszej kontroli celnej, potem autostopem do granicy (w końcu to tylko ok 200 km) i dalej też „jakoś” aż do Sary-Tash w Kirgistanie. Nie obawialiśmy się chłodu czy trudności z autostopowaniem, ale tego, że odbijemy się od zamkniętej granicy, bo wtedy jaki mamy plan B? Planem B byłby lot z Kaszgaru do Biszkeku lub Osz w Kirgistanie, ale względnie tanie loty (660 zł/os) są tylko raz w tygodniu i to dzisiaj o północy! Nie zdążymy spróbować „na partyzanta” przekroczyć granicy, a potem w razie niepowodzenia wrócić i wsiąść w samolot. Wiza kończy nam się za trzy dni, kolejny tani lot jest za tydzień, a inne za kilka tysięcy złotych rujnują nam budżet. Do tego każdy dzień przedłużonego pobytu (po terminie ważności wizy) w Chinach to koszt około 300 zł/os, czyli za dwójkę wychodzi praktycznie cena jednego biletu lotniczego. I tak przespawszy się z myślą, kupiliśmy nad ranem dwa bilety lotnicze z Kaszgaru do Osz z przesiadką (i nocą na lotnisku) w Biszkeku. Chciałam przy tej okazji bardzo podziękować ekipie z Cambridge, z którą, mimo późnych nocnych godzin, byliśmy na gorącej linii, a która pomagała nam uzyskać potrzebne informacje, gdy nasz blokowany internet zawodził. A zawodził często.

Nieoczekiwanie 26.12, czyli dzisiaj, okazał się być naszym ostatnim dniem w Chinach. Poszliśmy na pożegnalne nudle, kupiliśmy słoiczek miodu do płaskiego chlebka, wymieniliśmy się kontaktami z Portugalką i Polką poznanymi w hostelu. Wieczorem wsiedliśmy w autobus na lotnisko. Pociągami i autobusami zrobiliśmy w sumie po Chinach i Wietnamie około 14 tys. kilometrów.

Ostatnie zakupy w Chinach.

Ostatnie zakupy w Chinach.

Mimo czterech godzin do lotu, nie dane nam było się nudzić. Najpierw zagadał do nas pan w średnim wieku, czy jesteśmy z Rosji, my na to, że nie, bo z Polszy. Ten od razu się przysiadł i zaczął nas częstować chlebem i pieczoną kuricą; okazało się, że jest Kirgizem. Opowiadał o swojej pracy kierowcy ciężarówek, o tym jaki piękny jest jego kraj, jakie wysokie góry. On do nas po rosyjsku, my do niego po polsku i rozumieliśmy się bardzo dobrze. Jaka to miła odmiana po nigdy nie rozumiejących nas Chińczykach. Pan miał bardzo szczerą i otwartą twarz. Pierwsza namiastka kirgijskiej gościnności. Gdy nasz rozmówca musiał iść na swój samolot, zataczając kręgi coraz bliżej nas podszedł chiński, a w zasadzie ujgurski, policjant z ochrony lotniska. W pierwszej chwili czuliśmy się nieswojo, bo zaczął do nas zagadywać trzymając potężny karabin w dłoniach (i pistolet na pasku), ale od razu się okazało, że to z ciekawości i chęci poćwiczenia angielskiego. Kolejna przeurocza sytuacja, gdy poważny mundurowy pokazuje Ci zdjęcia swojej rocznej córeczki i pyta czy wolimy japońskie samochody czy niemieckie, Real Madryt czy FC Barcelonę. Studiował rolnictwo, ale został policjantem, bo lepsza płaca. Wzdychał, że ciężka praca, a on Ujgur. Zastanawialiśmy się, czy w związku z tym, że reprezentuje aparat nie lubianego przez swoich współziomków państwa chińskiego, ma jakieś problemy z innymi Ujgurami, albo z Chińczykami Han. Ale nie wiedzieliśmy, jak o to spytać.

Terminal międzynarodowy jest osobną częścią lotniska w Kaszgarze i otwierany jest tylko na dwie godziny przed jakimś międzynarodowym lotem. Pierwszy raz widziałam zamknięte na głucho lotnisko. Ale przestałam się dziwić, gdy poza nami na ten sam lot zgłosiło się zaledwie 25 osób. Bardzo kameralnie. Wyszedł do nas pan z listą obecności, wyszedł chiński urzędnik zrobić sobie zdjęcie z pasażerami (nas ustawiono w pierwszej linii, tuż obok pana Ważnego, pewnie nawet nie wiedząc wzięliśmy udział w jakieś chińskiej propagandzie). Michała imię jak zwykle zawiesiło system komputerowy – już nie liczymy, ile telefonów do przełożonych zostało wykonanych przez literkę „Ł” (no bo jak jest „Ł” w paszporcie to musi być „Ł”, a nie żadne „L”, elastyczność zdecydowanie nie jest cechą chińskich urzędników); dlatego w bankach, po pierwszym takim półgodzinnym zamieszaniu, wymienialiśmy pieniądze na mój paszport – z imieniem „Anna” nie ma tylu problemów.

Sympatyczny Pan Policjant Ujgur.

Sympatyczny Pan Policjant Ujgur.

Dzień 137

Przekraczanie granicy z Kirgistanem to czysta przyjemność. Wyglądaliśmy na zagubionych na lotnisku (mieliśmy przesiadkę do Osz i nie bardzo wiedzieliśmy, gdzie mamy się udać), więc od razu otoczyło nas kilka osób w tym młodzi kontrolerzy mówiący po angielsku. Prowadzono nas praktycznie za rękę od okienka do okienka, a jak się dowiedzieli, że to nasz miesiąc miodowy, to zrobiło się wcale serdecznie.

Nocujemy w hostelu Osh Guesthouse. Wygląda jak dwa połączone mieszkania na parterze niskiego bloku z wielkiej płyty. Tylko wejście jest osobno, przez blaszany barak; początkowo wystraszyliśmy się, że przyjdzie nam nocować w tym baraku, ale w środku była tylko recepcja. Dwuosobowy pokój ze śniadaniem kosztuje nas 45 zł za noc. Hostel prowadzą muzułmanie. Poza tym, że chodzą ubrani typowo (charakterystyczne nakrycia głowy, brody i tuniki) na lodówce wisi kartka, że zabrania się przechowywania w niej alkoholu, wieprzowiny i produktów zawierających wieprzowinę. W ogóle nie wolno ani pić ani trzymać alkoholu w pokoju. Pomijając te nie aż takie straszne wymogi, są bardzo sympatycznymi ludźmi. Jeden z nich zna kilka słów po polsku i pytał nas skąd jesteśmy, bo zna Szczecin, Sandomierz, Kraków. Okazało się, że mieszkał kilka lat w Niemczech i miał polskich kolegów, z którymi – jak zatęsknił za swoim krajem – rozmawiał po rosyjsku. Podobno pomagało na nostalgię.

Sam Osz to trochę większe miasteczko zabudowane doskonale nam znanymi niskimi blokami, tylko mocno podniszczonymi (nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, by je odnowić i pomalować we wszystkie kolory tęczy). Do tego oblodzone chodniki, okaleczone wierzby i okropna zimowa plucha. Ale kataklizmów pogodowych brak. My tu się szykowaliśmy na -20, a na zewnątrz temperatura oscyluje około zera. Mimo, że miejsce jest brzydkie, wszystko mnie tutaj rozczula: tapeta na ścianie, kasetony na suficie, meblościanka, dywany jak z dzieciństwa. Wrócę do polski z silną motywacją, by podjąć na serio naukę rosyjskiego – na razie wystarczy nam te kilka strategicznych zwrotów, ale to absolutnie niesamowite, jak dużo można w polskim znaleźć wpływów naszych sąsiadów ze wschodu. Stewardessa w samolocie prosiła nas o wyłączenie „ustrojstw”, a pan w sklepie narzekał, że wtyczka jest poluzowana, bo Kitajce ją robiły. Człowiek nawet nie wie, kiedy używa rusycyzmów.

Zakaz przechowywania świnek w lodówce.

Zakaz przechowywania świnek w lodówce.

Dzień 138

Wczoraj głównie odsypialiśmy zarwaną na lotnisku nockę, dzisiaj dobrze by było już się ruszyć. Ale jak tu się ruszać, kiedy – po pierwsze – na dworze wciąż paskudna pogoda, po drugie pierwszy raz od miesiąca mamy dostęp do naprawdę dobrego internetu. Zmotywował nas głód obiadu. W knajpie, po przesylabizowaniu menu wybraliśmy befsztyk z jajcem (6 zł) i czaj (0,6 zł). Po kilku minutach na naszym stole wylądował czajniczek i małe miseczki zamiast filiżanek do picia herbaty, a po kilkunastu – najprawdziwszy kotlet mielony z ziemniakami, kaszą gryczaną i surówką z marchewki, a wszystko to zatopione w dużej ilości sosu. Ze sztućców – łyżka. Tak daleko od kraju, a tak swojsko. Przy czym kotlet był prawdopodobnie z baraniny, o czym wnioskujemy raczej po chustach na głowach kelnerek niż po smaku. Głównym mięsem, jakie się jada w Kirgistanie jest właśnie baranina i konina. Obok przy stoliku trwała impreza rodzinna na kilkanaście osób. W pewnym momencie puszczono głośną muzykę (określiłabym ją jako bałkańską, gdyby nie fakt, że do Bałkanów to jeszcze daleko) i wszyscy poszli w tany: starzy, młodzi, nieważne. Kobiety w chustach, mężczyźni w czapkach uszatkach. Inny ten islam tutaj, zwłaszcza, gdy ostatnio słuchałam o Iranie, gdzie z filmów wycina się jakiekolwiek sceny taneczne, a kobietom nie wolno jeździć na rowerze, aby nie kusiły niepotrzebnie mężczyzn. Może dlatego inny, że muzułmanie w Kirgistanie, czyli 2/3 populacji, nie określają siebie jako Szyitów czy Sunnitów (to nieprzepadające za sobą odłamy islamu, jak prawosławni, katolicy i protestanci są odłamami chrześcijaństwa). Mówią, że są po prostu muzułmanami; nie lubią tutaj zbędnych podziałów i kategoryzacji. Może dlatego, że historycznie i geograficznie znajdują się na drodze wielkich imperiów: mongolskiego, Chin, Rosji, które wprowadziły domieszki ludności z całej Azji.  

Nie odstajemy specjalnie od reszty mieszkańców (zwłaszcza, jak się opatulimy i moje włosy nie wystają spod kaptura), mimo iż często mają delikatnie skośne oczy lub ciemniejszą karnację. Gdy weszliśmy do parku z centrum miasta, podszedł do nas chłopak mówiąc po rosyjsku, że tam tabliczka wisi, że trzeba zapłacić za wejście. My na to, że nie zrozumieliśmy, bo my z Polski; on z niedowierzaniem „Wy turisty? A to nie płaćcie”. Chyba bardziej zdziwieni niż on poszliśmy dalej – jak to „turyści” i „nie płaćcie”? Myśleliśmy, że będziemy musieli zapłacić podwójnie!

Karetka przyjechała z innej epoki.

Karetka przyjechała z innej epoki.

Dzień 139

Trzeci dzień z rzędu pada rzęsisty deszcz ze śniegiem, a my trzeci dzień siedzimy zabunkrowani w naszym pokoju z lat 80. Wyściubiamy nos tylko jak zgłodniejemy. Kilka słów o dostępnym tutaj jedzeniu. W restauracji poza kotletem domowym serwują również naleśniki (z mięsem lub śmietaną), samsy i “pieroszki”, które nic wspólnego z naszymi pierogami nie mają – smażone na głębokim tłuszczu racuchy w środku najczęściej z ziemniaczanym puree. Samsy to pieczone sakiewki a’la paszteciki Weroniki (tylko większe) najczęściej z ziemniakami, mięsem lub tykwą, znaczy dynią. Zaczęły się też „szormy” i hamburgery. Te pierwsze składają się głównie z majonezu, na drugim miejscu jest baranina i surówka zawinięte w naleśnik, te drugie wciąż pozostają dla nas zagadką. Póki co, mój ulubiony zestaw obiadowy to 2-3 szaszłyki z mieloną baraniną, do tego 2-3 samsy z ziemniakami lub dynią i oczywiście herbata, którą serwują prawie że obowiązkowo. Taki obiad kosztuje około 6-8 zł. Ale wegetarianie będą mieli tutaj ciężkie życie, chyba że wystarczy im dieta oparta na ziemniakach.

W Osz na głównym placu stoi pomnik Lenina, jeden z dwóch w Kirgistanie. Gdyby nie inne rysy i szczuplejsza sylwetka wyglądałby zupełnie jak pomniki Mao w Chinach – ten sam rozwiany na wietrze płaszcz i podobny gest zachęcający do wejścia w nową epokę. Pomnik razem z cokołem ma chyba z 30 metrów, sporo. Pod pomnikiem widać przygotowania do Sylwestra. Rozstawiana jest scena, montowane oświetlenie, sprzedawane fajerwerki i noworoczne torty.

My zaś korzystamy z komfortu nieprzemieszczania się. Czytamy, oglądamy i planujemy. Miłośnikom czarnego, absurdalnego humoru mogę polecić „Śniadanie mistrzów” Kurta Vonneguta. Autor i narrator w jednej osobie zdaje się być zdziwaczałym starszym panem, któremu wolno wygłaszać, co tylko mu ślina na język przyniesie. Uwielbiam ten niby infantylny styl, ale jakże chłodny i trafny w swoich spostrzeżeniach. 

Владимир Ильич Ульянов.

Владимир Ильич Ульянов.

Print Friendly

2 Comments

  1. 30 December 2016    

    W obronie Irańczyków zauważę tylko, że ten “zakaz” jeżdżenia rowerem to tylko słowa wypowiedziane przez ich Najwyższego Przywódcę, a nie prawo. Przypuszczam, że poza najbardziej konserwatywnymi częściami Teheranu i prowincjonalnymi miasteczkami nikt się tym nie przejmuje. Szkoda jednak, że u władzy są ludzie o takich poglądach.

    • Ania Ania
      4 January 2017    

      Na to “niepisane prawo” narzekała spotkana w Kaszgarze Portugalka, której planem było przejechanie Iranu na rowerze, a która obawiała się, że to jednak niemożliwe.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail