or There and Back Again with photographs

La Clusaz – wino, ser i śnieg, czyli narty we Francji

Wykorzystując ostatni miesiąc wolnego przed podjęciem stażu oddawaliśmy się białemu szaleństwu, jak to nazywane bywają narty czy snowboard. Wyjazd z naszej strony ze wszech miar komfortowy, bo organizowany w głównej mierze przez rodziców. Jeździmy w to samo miejsce od dłuższego czasu: Klimonty od dziesięciu lat, ja z nimi od czterech, dlatego chciałabym napisać parę słów o ośrodku, który tak nas do siebie przywiązał.

Mount Blanc w pełnej krasie.

Mount Blanc w pełnej krasie.

Gdzie i jak

Ośrodek La Clusaz we francuskich Alpach położony jest na 1500-2500 m.n.p.m. Z Wałcza to około 1500 km, z Genewy, do której latają tanie linie – 50 km. Większa część trasy prowadzi niemieckimi bezpłatnymi autostradami i dla doświadczonego kierowcy (a z takim mamy okazje jeździć) to około 15h jazdy z przerwami na kawę. W Szwajcarii wymagana jest winieta (40€), a we Francji na bramkach na autostradzie niestety zostawia się dwa razy 7,5€. W sumie na transport  w obie strony trzeba liczyć ok 350€, czyli 1500 zł. Sporo, gdy porówna się z odległościami do polskich stoków, no ale te Alpy…

Odległość to w zasadzie jedyny duży minus i niedogodność. To, co jest rewelacyjne w tym ośrodku to możliwość mieszkania w apartamentach na stoku, tuż przy wyciągach. Rano wystarczy wpiąć się w wiązania i zjechać do kas. Żadnych skibusów, żadnego dojeżdżania, walki o parking jak najbliżej stoków. W środku dnia można do mieszkania wrócić i z powrotem na stok. W kilka osób jest większa swoboda, każdy wychodzi i wraca, o której mu się podoba; jak jakiś zapaleniec chce jeździć 8h, to może to robić nie katując reszty rodziny. Niesamowita wygoda.

Warunki noclegowe

Kiedyś myślałam, że mieszkanie na stoku to luksus tylko dla bogaczy, albo osób nieliczących się zupełnie z pieniędzmi, ale jestem pozytywnie zdziwiona cenami francuskimi. Apartament wynajmuje się na cały turnus, który trwa tydzień od soboty do soboty. Różnią się miedzy sobą cenami w zależności od pojemności. Przykładowo – w tym roku za mieszkanie w wysokim sezonie (czyli w terminie francuskich ferii) dla potencjalnie 8-os płaciliśmy ok 1120€, czyli ok 20€ za osobodobę. Przypomnę, za mieszanie na stoku. Poza sezonem, czyli w styczniu lub w marcu (luty jest najgorszy) ceny są prawie o połowę mniejsze. Faktem jest, że w te 8 osób byśmy się mocno ściskali, ale łóżek było wystarczająco. Zresztą większość czasu i tak spędza się na stoku. Warunki mieszkaniowe są zupełnie w porządku. W tym roku dysponowaliśmy dwoma pokojami (jeden duży spełniał rolę salonu w dzień i sypialni w nocy), antresolą, ładną łazienką i toaletą osobno, wielkim słonecznym balkonem ze stołami i krzesłami, w pełni wyposażoną kuchnią i schowkiem na sprzęt narciarski.

Ze względu na duże zainteresowanie, apartamenty warto rezerwować najlepiej w wakacje, już we wrześniu trzeba się liczyć, że oferta jest mocno przebrana. W trakcie rezerwacji płaci się zaliczkę w wysokości 25% całości.

Trasy biegowe, a w tle Mount Blanc, znany we Francji jako Mą Blą.

Trasy biegowe, a w tle Mount Blanc, znany we Francji jako Mą Blą.

Stoki i skipassy

Tutaj kolejna przewaga nad ofertami włoskimi i austriackimi, o których słyszałam – w La Clusaz jest kilka typów karnetów, więc nie trzeba kupować od razu skipassa na cały tydzień i na wszystkie stoki. Najczęściej kupujemy karnet całodniowy na najbliższe stoki (których i tak jest kilkanaście i nie sposób wszystkich wyjeździć) za 21€. Gdy dorzuci się do tego kolejne 4€ można korzystać z nocnej jazdy na oświetlonych stokach (tutaj oferta jest już dużo węższa). Raz, dwa razy na turnus zdarza nam się kupić karnet na calutki ośrodek – koszt w tym roku to 37€. Wtedy to już jest rzeczywiście białe szaleństwo, żeby wykorzystać taki skipass, my stoimy przy kasach jeszcze zanim ruszą wyciągi. Zwykle ze względu na zakwasy, kiepską pogodę, czy ogólnego lenia jeden dzień jeżdżenia wypada. Wraz z okazjonalnymi kawami czy grzanym winem na stoku tygodniowy koszt skipassów sumuje się do około 150€/os.

A warunki narciarskie są naprawdę dobre. Ze względu na wysokość, śniegu jest zwykle dużo, stoki nie ograniczają się do wąskich pasów wyciętych drzew, ale zajmują czasem całe zbocza gór. Przeciętne długości: od kilometra do czterech. Dlatego mimo, że w sezonie zdarza się czekać w godzinach szczytu i kilkanaście minut (jednak na większości wyciągów, zwłaszcza gdzieś dalej od apartamentów kolejek nie ma żadnych) to na samym stoku wciąż jest mnóstwo miejsca. Ratraki chodziły codziennie całą noc. I nieprawdą jest jakoby stoki alpejskie nie nadawałyby się dla początkujących – tras niebieskich, czyli łagodnych jest tutaj pod dostatkiem.

Wyżywienie

Jedną z zalet jechania własnym samochodem jest możliwość zapakowania bagażnika słoikami z jedzeniem. Tak więc jechały z nami i dźwięcznie brzdękały po drodze słoiki pełne cieciorki i bakłażana w pomidorach, polędwiczki, marynowane śledzie, warzywne pasztety, rybne i owsiane kotleciki oraz zapas papryk i awokado jak dla wojska (o ile w wojsku je się takie rzeczy). Takie rozwiązanie zaoszczędza dużo zachodu już na miejscu, kiedy to zmęczony narciarz czy snowboardzista nie musi martwić się obiadem, tylko podgrzaniem już gotowego jedzenia. Innym równie wygodnym rozwiązaniem byłoby jadanie w knajpach, ale to jeszcze nie nasz pułap finansowy.

To, co jest zawsze absolutnym przebojem wyjazdu to sery, wino i bagietki. W tej kolejności. Właściwie to najatrakcyjniejsza część Francji; czasem myślę, że jeździmy taki kawał nawet nie dla Alp, ale dla tych serów i wina. Zwłaszcza, że na stoku znajduje się autentyczna farma z kilkoma krowami i kozami, a przy farmie sklepik, gdzie można kupić lokalnie wytworzone sery, zwłaszcza okropnie śmierdzący (ale jaki smaczny!) reblochon.

Kolejek brak.

Kolejek brak.

Inne aktywności

Poza tradycyjną jazdą na różnego rodzaju deskach, wokół ośrodka przygotowane są trasy piesze (istnieje możliwość wypożyczenia rakiet śnieżnych) oraz mnóstwo kilometrów tras na narty biegowe. Ze względu na piękną słoneczną pogodę skusiliśmy się, by spróbować swoich sił na biegówkach. Wyszło nam z tego raczej narciarstwo marszowe, ale bardzo ciekawe doświadczenie. Po pierwsze nie pomyślałabym, jak dużo zmienia krawędź przy nartach. To jak ze zdrowiem u Kochanowskiego: doceniłam ją dopiero, gdy jej zabrakło przy nartach biegowych – zero kontroli i walka o życie na każdym łagodnym zjeździe. No i pierwszy raz dorobiłam się zakwasów w szyi ze stresu. Ale poza tym fajnie, fajnie, tylko przydałaby się jakaś lekcja hamowania.

Podsumowując – super ośrodek, mam nadzieję jeszcze tam wrócić w liczniejszym gronie.

Nie byłabym sobą, gdybym nie dorzuciła na koniec jeszcze jakieś książki. Będzie tematycznie – “1000 lat wkurzania Francuzów” Stephena Clarke’a. Jest to pophistoryczna książka na temat trudnych i skomplikowanych relacji angielsko-francuskich. Clarke’a jako Brytyjczyk mocno i na każdym kroku dogryza swoim sąsiadom z drugiej strony kanału La Manche (czy to nie znamienne, że po angielsku ten sam kanał nazywa się już English Channel?). Dzieło, mimo iż obejmuje faktycznie tysiącletnią historię, czyta się lekko i przyjemnie. Język jest prosty i zabawny, miejscami aż za bardzo, ale przynajmniej nie przytłacza. Autor nie zostawia suchej nitki na żadnym obiekcie francuskiej dumy narodowej: Wilhelm Zdobywca – żaden Francuz, ale potomek wikingów, gilotyna? w Yorkshire było znana szybciej, Joanna d’Arc – spalona w wyniku francuskiej intrygi; rewolucja francuska? pasmo rzezi i dekapitacji. Nawet szampanowi i bagietkom nie przepuścił. Zostało mi jeszcze kilkanaście procent do końca, ale biorąc pod uwagę, ile już dowiedziałam się o historii Europy Zachodniej (choć trzeba zaznaczyć, że wyjściowo stan mojej wiedzy był na niewielkim poziomie) oraz ile razy w tracie lektury się uśmiechnęłam, tytuł polecam.

Print Friendly, PDF & Email

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail