or There and Back Again with photographs

Motorkiem przez górzystą wietnamską prowincję Ha Giang

Dzień 105
Dotarliśmy do Ha Giang o 6 nad ranem. Hotel zarezerwowaliśmy wcześniej przez booking.com, więc nie musieliśmy się martwić noclegiem, może jedynie tym, czy pozwolą nam zająć pokój tak wcześnie rano. Coś jest tutaj nie tak ze strefą czasową, jasno robi się około 5:30, a zmierzcha dwanaście godzin później, co powoduje że dzień wydaje się krótki, gdy wstaje się około 8 (na szczęście nas to nie dotyczy, Michał już potrafi zadbać, żebyśmy mieli wystarczająco długi dzień i zaczyna go koło 6).
Idziemy ulicami już całkiem obudzonego miasteczka i widzimy, że w jadłodajni obok spory ruch, dużo dzieciaków w szkolnych mundurkach je coś z apetytem, a że akurat szukaliśmy czegoś na śniadanie, to pokazujemy palcem na grupę uczniów i prosimy to samo dwa razy. Po dłuższej chwili na naszym stoliczku lądują dwa talerze ze śniadaniem, które po bliższym kontakcie okazuje się być grzanką z bagietki pokrojoną w kawałeczki z majonezem, ketchupem i jakąś posypka a’la smażona cebulka. Danie z tych prostszych.
Przyjazd do Ha Giang polecił nam spotkany na wyspie kilka dni wcześniej Antek. To bardzo popularne miejsce wypadu na weekend dla Wietnamczyków i co raz bardziej dla zachodnich turystów. W samym miasteczku nic specjalnego nie ma, ale główną atrakcją okolicy jest 300-kilometrowa pętla po górach, którą pokonuje się najczęściej na motorze. Dlatego dzisiejszy dzień spędziliśmy głównie na przygotowywaniu się do tej trasy. Można ją zrobić w dwa dni, ale my zaplanowaliśmy sobie trzy, ze względu na nasze niewielkie na tym środku transportu doświadczenie i niezaprawione pupy. Jeszcze trzeba było załatwić w urzędzie pozwolenie na przebywanie w tej prowincji. Ograniczało się to do wizyty w odpowiednim okienku, zapłacenia 40zł/os za 10 dni i wydania nam żółtej kartki w formacie A5, który wygląda jak jakiś certyfikat, czy list gratulacyjny. Poza tym obejrzeliśmy pierwszy odcinek The Crown, nowego serialu o królowej Elżbiecie II – ee, bez szału; Michał nadrabia swoje kursy internetowe, a ja w ciągu ostatnich dni naczytałam się za dużo powieści szpiegowskich Severskiego i w związku z tym postanowiłam wziąć się za podstawy rosyjskiego – Duolingo daje radę. A w Kirgistanie się przyda.
Szukamy wokół objawów państwa opiekuńczego, bo z takimi kojarzą nam się kraje komunistyczne. Najwyraźniej zupełnie błędnie. Wypytując naszych nowych wietnamskich znajomych dowiedzieliśmy się między innymi, że studia w Wietnamie są płatne, a stypendia socjalne bardzo, bardzo skromne. Przez co osoby z prowincji zwykle nie mogą sobie pozwolić na studiowanie w dużym mieście jak Hanoi. Nie ma powszechnego obowiązku ubezpieczenia zdrowotnego, ubezpiecza pracownika pracodawca, a za wizyty u lekarza i dentysty się płaci. Natomiast opłaty za wodę, gaz, prąc i internet są sztywne i narzucane przez państwo. Powszechny dostęp do internetu był jednym z postulatów rządu i z tego co widzimy i słyszymy, nawet na głębokiej prowincji wszyscy mają szybki i tani internet. Urlop macierzyński trwa pół roku i jest bardzo kiepsko płatny, na pewno nie 100%, ale Rose z Hanoi nie była mi stanie powiedzieć, ile dokładnie. Gdy pytałam o jakieś zapomogi dla najuboższych, to nie bardzo wiedzieli o co mi chodzi, więc albo ich nie ma, albo bariera językowa nas przerosła. Wniosek, który mi się nasuwa – Polska jest dużo bardziej opiekuńczym krajem niż komunistyczny Wietnam, o zachodzie Europy nawet nie wspominając.

Okolice Ha Giang.

Okolice Ha Giang.

Dzień 106
Przepakowaliśmy plecaki – duży ze sprzętem kempingowym i niepotrzebnymi rzeczami zostawiliśmy w hotelu w Ha Giang, do którego wrócimy za trzy dni na jeszcze jeden nocleg, a mały wzięłam na plecy. W recepcji wypożyczyliśmy motorek, bardzo podobny do tego, na który jeździliśmy na Co To, koszt to 40zł/dzień. Dostaliśmy kaski, instrukcję jak się tankuje nasz pojazd i wio! Podobno pali 3 l/100 km. Zaledwie opuściliśmy miasteczko a już wjechaliśmy między zielone pagórki, obok drogi płynęła turkusowa rzeka, uroczy teren. Niestety, na drodze duży ruch. Przez “drogę” mam na myśli wąziutką wstążkę asfaltu, nierzadko dziurawego, a często w ogóle nieobecnego, dużo zakrętów po 180 stopni, sporo podjazdów i zjazdów. Gdy w takich warunkach mija nas rozpędzona ciężarówka ze żwirem, to naprawdę serce potrafi przyspieszyć a oczy od pyłu załzawić. Michał na szczęście nie tracił zimnej krwi i poza okazjonalnymi wyrzutami adrenaliny, nic nam się nie stało. Zagadka tego wzmożonego ruchu ciężarówek wyjaśniła się na przełęczy, gdzie remontowano drogę, potem było już dużo lepiej. Sporo też mijało nas wietnamskich turystów na takich samych motorkach jak nasz. Rozmawialiśmy chwilę z jedną grupą i okazało się, że przyjechali z Hanoi, tylko na weekend, żeby zrobić tę pętlę – czyli potwierdzają się słowa Antka o popularnym miejscu na wypady dla miejscowych. Trochę się z nas śmiali (ale bez złośliwości), że bardzo wolno jedziemy – cóż, faktycznie co chwilę nas mijają –  robią dużo postojów na zdjęcia a potem bez trudu nas doganiają. Opanowanie Michała jako kierowcy uwzględnia rozważną i raczej wolną jazdę, ale dzięki temu nie muszę się bać, że wypadniemy z jednego z mnóstwa zakrętów po drodze. Trasa przepiękna, im dalej tym lepiej. Jedziemy przez góry krasowe. Teren jest pełen jaskini, ale to co my widzimy, to mnóstwo ostro wybijających się w niebo pagórków, jak z dziecięcego obrazka. I na tych stromych zboczach tarasy ryżowe, które o tej porze roku powinny być już brązowe i nieszczególne, a wciąż są soczyście zielone. Z daleka wygląda to jak prążkowane góry.

Pasieka w górach.

Pasieka w górach.

Mijaliśmy wioski i wioseczki mniejszości etnicznych (ale jakich, nie wiemy, nie rozróżniamy ich zbyt dobrze), można je poznać po kolorowych strojach i chustach kobiet i dziewczynek przy drodze. Zabawny wydał nam się widok tych tradycyjnie ubranych kobiet w tęczowych spódnicach… z kosiarkami spalinowymi w rękach. Kukurydza susząca się na słońcu i w pyle przy drodze. Mnóstwo pasiek z ulami przykrytymi liśćmi palmy. Gaje bananowców i trzciny cukrowej. I tak sobie jechaliśmy 100 kilometrów. Zajęło nam to 6 godzin, niewiele szybciej niż rowerem, ale po drodze było sporo przerw. Myślałam, że to tyłek będzie nas bolał najbardziej po połowie dnia na motorku, ale większym problemem okazało się być siedzenie z mocno zgiętymi nogami. Mamy wrażenie, że ta pozycja odcina nam dopływ krwi do nóg, tak więc często stajemy tylko po to, by zrobić kilka kroków i przywrócić krążenie w kończynach. Nocleg w Yen Minh w “nha ngin”, czyli tanim hoteliku dla miejscowych – to ważne określenie po wietnamsku, bo czasem nawet go nie tłumaczą na “hotel”, a z zasady są trochę tańsze niż hotele dla białych turystów.
Odkryliśmy naszą nową ulubioną odmianę banana – banan o smaku pomarańczy. Ciekawe, różne typy bananów kojarzyły mi się raczej z Ameryką Łacińską niż z Azją. Są krótsze i bardziej perkate niż te popularne w Polsce, a w środku pomarańczowe i kwaskowate. Ale najlepiej smakują smażone w cieście ryżowym; taka przekąska do dostania na ulicy za złotówkę. Im więcej jeździmy, tym bardziej zastanawia nas, dlaczego w Polsce nie wykształciliśmy sobie taniego jedzenia ulicznego. W Hiszpanii wszędzie na ulicy można zjeść grzankę z paciają pomidorową i oliwą (pitufo con tomate) za 2€, w USA kawałek pizzy czy fastfoody za $2, w Ameryce Środkowej wariacje na temat kukurydzy i bananów… Są zawsze rogaliki z Gwarnej czy spaghetti w Piccolo (bleh, bleh), ale nawet ten poimprezowy kebab czy zapiekanki z Teatralki jedzone codziennie obciążają budżet, o zdrowiu nie wspominając, ale akurat nie o zdrowe żywienie nam się rozchodzi.

Przed wejściem do naszego hostelu taka niespodzianka.

Przed wejściem do naszego hostelu taka niespodzianka.

Dzień 107

Dzień rozpoczęliśmy od naleśników ryżowych z grzybami i obowiązkową miseczką bulionu. W górach chłodnawo od rana, więc rozgrzewająca zupa jak znalazł. Przed nami krótka trasa, zaledwie 80 km, podobno najładniejszy fragment pętli. Wzorowaliśmy się na tej stronie planując nasz wyjazd. Z jednym się nie zgadzam, co napisał facet w tym krótkim przewodniku, że nikt nie sprawdza pozwolenia na przebywanie w północnej prowincji – w każdym hotelu nas o nie pytano. Na początek kilkukilometrowy wjazd pod kątem 10%, potem kilkukilometrowy zjazd z podobnym nachyleniem i tak w kółko. Plus oczywiście szalone wąskie zakręty. Michał się rozkręcił, nawet wyprzedziliśmy kilku miejscowych. Tarasy ryżowe ustąpiły miejsca bardziej dramatycznym zboczom. Gdy trafi się jakaś dolinka, to po bokach kwitną połacie kwiatów podobnych trochę do rzepaku; mijaliśmy mnóstwo dziewczyn w różnym wieku z koszami na plecach wypełnionymi tymi kwiatami właśnie. Zachwytom nie było końca.

Smutna strona tego jest taka, że zaczynając tak wcześnie, po 50 latach noszenia na plecach ładunków dochodzi do bolesnych deformacji kręgosłupa.

Smutna strona tego jest taka, że zaczynając tak wcześnie, po 50 latach noszenia na plecach ładunków dochodzi do bolesnych deformacji kręgosłupa.

Przejechaliśmy przez targ w Dong Van. Pora akurat wczesnoobiadowa, więc skusiliśmy się na “pho bo”, czyli rosół z makaronem ryżowym i wołowiną. Trafiła nam się najpyszniejsza zupa pho na świecie. Może jesteśmy mało obiektywni, bo mocno nas wcześniej przewiało i zgłodnieliśmy, ale była cudownie aromatyczna, z dużą ilością imbiru, limonki i szczypiorku. Tak posileni w ramach przerwy postanowiliśmy poszwendać się po zatłoczonym targowisku. Czego tam nie było, jak to na targowisku, ubrania, pierdółki, owoce, warzywa, surowe mięso, krowy, kozy, drób i świnki. A’propos zwierząt to widzieliśmy już lokalsów na motorkach ze świnkami i kozami – to jest dopiero sztuka, tak jechać. Trafiliśmy na grupę kobiet przy ognisku grillujących ciekawie wyglądające placki, na próbę skusiliśmy się na jeden. Okazało się, że nazywa się to “banh bo” – wietnamskie gąbczaste ciasto ryżowe w dosłownym tłumaczeniu, drożdżowe z mąki ryżowej i mleka kokosowego, wypiekane na ogniu – pycha. Niestety nie udało nam się go drugi raz nigdzie znaleźć.
Pogoda nam dopisuje, drugi dzień prawie bezchmurnie, idealne 20 stopni ciepła. Niestety nasze kaski nie mają żadnej osłony na twarz i mimo krótkiego fragmentu słoneczko nas dzisiaj mocno przypiekło i przyprawiło o popołudniowy ból głowy. Wieczorem Michałowi jakimś cudem udało się wyciągnąć mnie na dwugodzinne późnowieczorne zdjęcia gwiazd na jeden z pobliskich pagórków. Uzbrojona w czołówkę i Kindelka (przydałby się taki z podświetleniem, przydałby się) jakoś przetrwałam te michałowe pomysły.

Ciasto drożdżowe. Tylko, że z mąki ryżowej, mleka kokosowego i pieczone nad ogniem.

Ciasto drożdżowe. Tylko, że z mąki ryżowej, mleka kokosowego i pieczone nad ogniem.

Dzień 108
Nie wierzyliśmy własnym uszom – punkt 6 rano z miasteczkowej wieży rozległ się budzik i poranne komunikaty dla całego miasteczka. Bardzo mnie ciekawi, o czym trzeba poinformować mieszkańców tak wcześnie rano; Michał wykorzystał okazje i wstał świeżutki jak stokrotka, ja przewróciłam się na drugi boczek i dostałam ulgowo jeszcze godzinę snu. W ogóle łóżka wietnamskie są bardzo, bardzo twarde, ale zdumiona byłam jak dobrze się na nich śpi. Co prawda, gdy chce się posiedzieć na łóżku z laptopem na kolanach, po pół godziny już ma się dosyć, ale po dniu z plecakiem na plecach spędzonym w umiarkowanie wygodnej pozycji siedzącej, noc na twardym łóżku ma dobroczynny wpływ na bolące plecy.
Ostatni dzień trasy motorowej, do zrobienia 150 km. Ten nowo odkryty przez nas środek transportu ma sporo uroku, ale zgodnie twierdzimy z Michałem, że jednak wolimy rowery. Motor jest pewnym kompromisem między samochodem i rowerem: kontakt z otoczeniem jest dużo pełniejszy niż w samochodzie a zasięg kilometrowy większy niż jadąc rowerem, ale brakuje nam dwóch kluczowych elementów: ciszy i wysiłku fizycznego. Nie oceniony plus – mogę się bezkarnie przytulać do mojego męża, a on nawet nie ma jak się wykręcić, haha.

Kawa po wietnamsku.

Kawa po wietnamsku.

Około 11 zatrzymaliśmy się na przedpołudniową kawę. W Wietnamie jest sporo kawiarni, a kawa jest popularniejsza niż w Chinach, gdzie w ogóle nie mogliśmy znaleźć mielonej kawy w supermarketach, tylko rozpuszczalny kawopodobny produkt 3w1. Dostaliśmy szklanki z sączącą się kawą i mlekiem skondensowanym na dnie, gdzieś tak w stosunku 1:1. Mimo że oboje zwykle nie słodzimy kawy, taki słodki ulepek z dodatkiem mnóstwa lodu smakował nam jak deser i postawił nas na nogi. Mielona kawa jest jednym z kilku produktów spożywczych, które wozimy ze sobą w plecaku, ale na tę motorową pętlę, zostawiliśmy ją w hotelu ze słowami, aaa jakoś przeżyjemy te trzy dni bez kawy. Otóż nie, trzeba spojrzeć nałogowi w twarz. Michałowi może nie, ale mi świat wydaje się dużo ładniejszy po przedpołudniowej porcji kofeiny – to już chyba definicja uzależnienia. Poza kawą (choć z kawą silnie związane) regularnie uzupełniamy braki mleka i ciasteczek. W Wietnamie pija się dużo słodzonych napojów mleczno-zbożowych: słodkie mleko sojowe, kukurydziane, owsiane, o smaku czekoladowym, truskawkowym, itp. Sprzedaje się je w małych kartonikach ze słomką, jak u nas soczki jabłkowe. Uznaliśmy, że w tym ciepłym klimacie wygodniejsze będzie kupowanie mleka właśnie w małych kartonikach, zamiast dużego, które po dwóch dniach bez lodówki może się popsuć, ale znaleźć kartoniki z mlekiem niesłodzonym wśród całej wielkiej półki słodkich, to jest wyczyn. Zawsze schodzi mi dobrych kilka minut na poszukiwania. Ostatnio nawet, gdy już podeszłam do kasy z upatrzonym mlekiem niesłodzonym, pani aż się przejęła i proponowała mi jego słodki odpowiednik, myśląc, że przez pomyłkę wzięłam nie to mleko, co trzeba. Taka siła przyzwyczajeń. W tym samym sklepie rozglądałam się za chipsami, ze względu na planowany wieczór filmowy, niestety, nie mogłam znaleźć nic normalnego. Jedyne chipsy na półce były albo o smaku kimchi (koreańskiej kiszonej kapusty) albo wodorostów. To my podziękujemy.
Popołudniem dotarliśmy cali brudni i w pyle do Ha Giang. Remonty przełęczy niestety ciągle szły pełną parą, a my od czasu do czasu wlekliśmy się za kurzącą strasznie ciężarówką. Te fragmenty akurat nie należały do najprzyjemniejszych.
W hotelu zalogowaliśmy się do pokoju, wykąpaliśmy i odpaliliśmy francuski dokument “Sól ziemi”. Liczyliśmy na ładne widoki, fotografie, w końcu film zgarnął bardzo dobre oceny na filmwebie. Wytrzymaliśmy jakieś 40 minut “podróży ku oczyszczeniu jednego z największych melancholików” – nie odpowiada nam patetyczna francuska estetyka. Jako odtrutkę wciągnęliśmy prawie cały XX sezonu South Parku. Śmieszy mnie, gdy w kontekście naszego umiłowania do “aktywnie spędzanego czasu wolnego” (bo tak jest napisane w zakładce “o nas”), piszę o czasie spędzanym na oglądaniu przez nas kolejnych filmów i seriali.

Jeszcze więcej widoków z trasy po górach.

Jeszcze więcej widoków z trasy po górach.

Print Friendly

2 Comments

  1. Łupniak Stękasz Łupniak Stękasz
    1 December 2016    

    The Crown bez szału, ale też bez tragedii- dojechaliśmy z Magdą bezboleśnie do bodaj 4 odcinka, czego nie można powiedzieć o oglądaniu Młodego Papieża… A co do trybu życia, to zaczynam podejrzewać, że zamiast wrócić jako wysportowani, osmagani wiatrem podróżnicy przyjedziecie jako typowe couch potatoes z aktualną wiedzą na temat wszystkich premier!

    • Michał Michał
      3 December 2016    

      Nieee, tak dobrze to nie ma. Wkrótce skończy nam się zdobyty w Wietnamie zapas filmów, a w Chinach ciężko o nowe :(

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail