or There and Back Again with photographs

Na początku Jedwabnego Szlaku. W pustyni i w oazie.

Dzień 125

Pociągiem z Xian dojechaliśmy do Lanzhou – miasteczka kilka lat temu znanego jako najbardziej zanieczyszczonego w całych Chinach. Na szczęście mamy już maseczki. Chiny zaczęły intensywną walkę z zanieczyszczeniem powietrza, ogromne pieniądze wkładają w energię odnawialną, a w Lanzhou objawia się to zupełnie darmową komunikacją miejską. Zdziwiło nas, gdy chcąc zapłacić za bilet pan kierowca tylko machnął ręką, że mamy już iść na tył autobusu. W pierwszej chwili założyliśmy obniżkę dla obcokrajowców, ale nikt z pozostałych pasażerów nie płacił, no to może darmowa komunikacja w godzinach szczytu? Dopiero nasza hostka, Wenyu, uświadomiła nam, że transport publiczny jest za darmo, kropka.

Kilka lat od nas starsza Wenyu zajmuje się, a jakże by inaczej, nauką angielskiego. Poza tym jest grafikiem komputerowym. Stawia na konwersacje, bo mimo iż Chińczycy uczą się w szkole przez dziesięć lat tego języka, zbyt duży nacisk kładziony jest na gramatykę i naukę mnóstwa słownictwa. Przez to jak dochodzi do rozmowy, zupełnie się blokują i nie mówią w obawie przed błędem gramatycznym. Wenyu chce to zmienić choćby na małą skalę i prosi swoich zagranicznych gości, w tym nas, o pomoc przy konwersacjach i przy ośmieleniu jej uczniów w kontaktach z obcokrajowcami.

Inna ciekawa kwestia wiążąca się z kiepskim angielskim – tłumaczenia znaków, ostrzeżeń czy reklam. Czasem dziwne, czasem zabawne, a jeszcze kiedy indziej zupełnie bez sensu. Niby wiadomo o co chodzi, gdy ktoś wywiesza kartkę „Read make you live light”, no ale jeżeli dla mnie to brzmi koślawie, to co dopiero czują ci, dla których angielski jest językiem ojczystym.

Gdy jedliśmy nudle w knajpie, które przy pomocy hostki udało nam się zamówić bez zupy, ale smażone (po powrocie chyba długo nie będę mogła spojrzeć na jakiekolwiek zupy z makaronem) pani kelnerka przyszła i rozlała nam do szklanek białawy mętny płyn. Pytamy Wenyu, co to takiego – okazało się, że to najzwyklejsza woda z gotowania makaronu, że dostaje ją każdy, kto się wykręca od zupy. Ależ to oszczędność kalorii, żeby nic się nie zmarnowało, nawet woda z mąką z makaronu.

Lanzhou.

Lanzhou.

Dzień 126

W Lanzhou w zasadzie nie ma nic ciekawego do zobaczenia. Jest to kolejny przystanek na Jedwabnym Szlaku, który może i brzmi romantycznie, ale nie ma co za dużo wymagać od współczesnych chińskich miast i miasteczek. „Tysiąc szklanek herbaty” Maciąga to jest romantyczna lektura o wspólnej podróży autora z żoną, na rowerach Jedwabnym Szlakiem właśnie: od Syrii do Chin. Tempo rowerowe jest dużo ciekawsze niż pociągowe, ale nam się powoli kończy czas, a do Kirgistanu wciąż długa droga.

Wybraliśmy się do centrum z mamą Wenyu, by kupić bilety na kolejny pociąg w znanej tylko lokalsom ukrytej kasie kolejowej. Musieliśmy zabawnie wyglądać: poważna Chińska matrona idąca za rękę z dwójką niezbyt schludnie ubranych białych. Chyba rzeczywiście rzadko kto spoza miasteczka tam dociera, bo pani w okienku nie umiała sobie poradzić z naszymi paszportami, gdzie numer paszportu, a gdzie wiza, a które to nasze nazwisko. Potem przeszliśmy się  mamą Wenyu do pobliskiego parku. Próbowała nas nauczyć kilku chińskich fraz, ale bez większego powodzenia. I to uczucie, gdy podeszliśmy do grupy podziwiającej uliczny występ teatralny i więcej twarzy śledziło nas niż ruchy aktorki na scenie.

Zwiedzanie parku z prawdziwym localsem. Mama naszej hostki.

Zwiedzanie parku z prawdziwym localsem. Mama naszej hostki.

Po tym jak zjedliśmy już pyszny obiad z couchsurferką, jej rodzicami i jej kolejnym gościem, Turkiem o imieniu Hasan, Wenyu zaprosiła nas na otwarcie baru jej przyjaciela. W nazwie ów przybytek miał co prawda „club”, ale mimo głośnej uniemożliwiającej rozmowy muzyki, brakowało parkietu. I ten gęsty dym papierosowy wokół… Ale, ale, jej znajomy zaprosił nas do stolika i przyniósł zgrzewkę darmowego piwa, a z darmowym piwem się nie dyskutuje. Do tego była muzyka na żywo, chiński rock, więc w ogóle nowe doświadczenie kulturowe. Do piwa przyniesiono nam przekąski takie jak: pokrojony w słupki ogórek z sosem sojowym, panierowane kąski mięsa, frytki i miskę z owocami. Typowe barowe jedzenie, prawda? Wyłapaliśmy, że ktoś poza drinkami zamawia też zieloną herbatę. W barze. Wenyu wyjaśniła, że to idealny napój aby przyspieszyć metabolizm alkoholu, gdy ktoś czuje, że trochę się zagalopował. Powrót uwzględniał prowadzenie Wenyu do domu i skakanie przez zamknięte już ogrodzenia osiedla – wieczór zaliczamy do udanych.

W chińskim klubie.

W chińskim klubie.

Dzień 127

Nasza hostka dzisiaj odchorowuje wczorajszą zabawę, więc nam zostaje samotne łażenie po mieście. Lanzhou leży nad Żółtą Rzeką, wzdłuż której ciągnie się Jedwabny Szlak. Kiedyś było oazą, gdzie dopajano wielbłądy i odpoczywano w cieniu drzew, teraz jest jednym z wielu chińskich zanieczyszczonych miast. Jedną z atrakcji Lanzhou jest pierwszy wybudowany na Żółtej Rzece most. Poza tym wszędzie można znaleźć płaskorzeźby ilustrujące jak w dawnych czasach wyglądał ów znany szlak handlowy.

Ciągle zadziwia nas jak bardzo Chiny są w budowie. Wszędzie, nawet w takim prowincjonalnym mieście jak Lanzhou, widać dźwigi i wieżowce w budowie. Bloki mieszkalne mają ponad 30 pięter (sami śpimy ostatnie noce na 25 piętrze, niestety widoczność psuje smog). W centrum więcej drapaczy chmur niż w całej Polsce razem wziętej. Aż głupio mi się robi, gdy jeszcze w Stanach pytałam parę Chińczyków, czy jeżdżą samochodami w Chinach; odpowiedź brzmiała, że tak, oczywiście. Dotychczas wyobrażałam sobie tylko ludzi w metrze ściśniętych jak sardynki w puszcze lub jeżdżących na 9 milionach rowerów, a tu takie korki samochodowe na ulicach. Mnóstwo widzimy zupełnie nam nieznanych marek aut, najwyraźniej istniejących tylko na rynku chińskim – nie zapominajmy jak wielki i chłonny to rynek.

Spacerując po parku po raz enty zastanawiamy się, dlaczego, ale dlaczego Chińczycy wszędzie stawiają głośniki i puszczają głośną muzykę bądź po prostu reklamy z irytującymi jinglami. Jakże przyjemniej byłoby móc posłuchać śpiewu ptaków lub po prostu pospacerować w ciszy. Michał stwierdził, że najwyraźniej boją się swoich myśli. Albo może to rząd boi się myśli obywateli i próbuje je w taki prymitywny sposób zagłuszyć?

Chińczycy mają problem z wyważeniem ilości oświetlenia. Świecące małe półksiężyce i zielone minarety to ich styl.

Chińczycy mają problem z wyważeniem ilości oświetlenia na zabytkach. Świecące małe półksiężyce i zielone minarety to ich styl.

Dzień 128

W Lanzhou wsiedliśmy w pociąg w kierunku Zhangye, kolejnej dawnej oazy na naszej trasie. Za oknem mijaliśmy najprawdziwszą pustynię z najprawdziwszymi stadami wielbłądów. Wszystko wokół wygląda na spalone słońcem, ale gdy tylko wyszliśmy na świeże powietrze zakręcił nas w nosie mróz. Uwielbiamy taką pogodę: rześko, delikatnie mroźno, słonecznie, jeszcze tylko śniegu brakuje do pełni szczęścia.

Z różnych źródeł dochodzą nas przygotowania do Wigilii i do Bożego Narodzenia, tu ubiera się choinkę, tu piecze pierniczki, kupuje prezenty. Zazdrościmy trochę, bo wszystko wskazuje na to, że Wigilię w tym roku spędzimy… w pociągu. Przynajmniej razem. Szukaliśmy jakieś chrześcijańskiej społeczności w Urumqi, szukaliśmy couchsurfera, który nas przygarnie na ten wieczór, ale nasze wysiłki spełzły na niczym.

Im bardziej przemieszczamy się na zachodów tym więcej widać wokół meczetów, muzułmanów i zmieniają się rysy mieszkańców. Wieczorem wyszliśmy na polowanie na kolację, zwłaszcza na niedawno odkryte przez nas pieczone w okrągłym piecu płaskie placki ze słonecznikiem bądź sezamem. Przypominają do złudzenia indyjskie chlebki naan, ale są trochę większe i bez żadnej wkładki. Znaleźliśmy kilka pieców, ale się spóźniliśmy, bo były już wygaszone; może jutro trafimy na pieczenie tych chlebków?

Świeżutkie placki.

Świeżutkie placki.

Śpimy w hotelu w super warunkach, wróciło ogrzewanie i przyzwoity internet, z czym mieliśmy w ostatnich dniach sporo problemów. Michał już by najchętniej Chiny opuścił, blokada internetu z każdym dniem wydaje się dotkliwsza zwłaszcza, że zaczęto podblokowywać naszą stronę (tak się kończy krytyka kraju, gdzie jest się gościem) a VPN działa w kratkę. Rzucił nam się w oczy nagłówek w internecie „Rosja prosi o pomoc Chiny w zbudowaniu własnego firewalla”, ha ha.

Jedwabny szlak na płaskorzeźbach. Popularna ozdoba chińskich parków.

Jedwabny szlak na płaskorzeźbach. Popularna ozdoba chińskich parków.

Dzień 129

Dłuuugi dzień. Zhangye znane jest z okolicznych kolorowych gór i największego drewnianego Buddy w Chinach. Góry sobie podarowaliśmy, bo islandzkich Landmanalaugar raczej nic pod względem kolorów nie pobije, ale wybraliśmy się do kolejnej buddyjskiej świątyni zobaczyć drewnianą rzeźbę. Na jej terenie nie było praktycznie nikogo poza nami i obsługą. Takie spokojne i ciche miejsce: ogołocone z liści drzewa, podniszczona świątynia i olbrzymi, bo 35-metrowy, śpiący Budda. I tak spędziliśmy dzień, wystawiając twarz do słońca i spacerując po parkach opustoszałego miasteczka.

Świątynia i my jako jedyni turyści.

Świątynia i my jako jedyni turyści.

Ostatnim autobusem miejskim przetransportowaliśmy się na wyziębiony dworzec, gdzie czekały nas jeszcze ponad cztery godziny siedzenia i wyczekiwania na nocny pociąg. Wymarzliśmy okrutnie. Narzekałam na moje zlodowaciałe członki, ale nie doczekałam się „ojojania” ze strony Michała. Zamiast tego mój pełen inwencji mąż wyczarował mi z butelki po wodzie i ogólnodostępnego na stacji wrzątku termofor. Ogrzał mnie bardziej, niż jakiekolwiek wyrazy współczucia.

W pociągu było wyjątkowo pusto i mimo że wykupiliśmy miejsca siedzące, mogliśmy się rozłożyć w pozycji horyzontalnej na kilku siedzeniach. Przed nami kolejne 800 km Jedwabnego Szlaku. Według wiadomości z Wikipedii to połączenie handlowe Chin z Bliskim Wschodem i Europą miało największe znaczenie między III wiekiem p.n.e. a XVII wielkiem już n.e. Poza jedwabiem, transportowano jadeit, złoto, papier, perfumy. Co ciekawe, Chiny kilka lat temu ogłosiły, że chcą „wskrzesić” ten szlak budując połączenia kolejowe z Chin przez Kazachstan, Białoruś aż do Polski, pod Łódź. Kto wie, pewnie możemy na tym sporo zyskać.

Duży budda. 35 metrów długości i 7 wysokości.

Duży budda. 35 metrów długości i 7 wysokości.

Print Friendly, PDF & Email

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail