or There and Back Again with photographs

Ostatnie dni w Kirgistanie – dużo łażenia i literatury.

Dzień 157

Wstaliśmy rano, chcieliśmy zjeść śniadanie przed wyjazdem do kolejnej miejscowości, do Barskoon, ale w kuchni podłoga zajęta przez szwagra z żoną i synkiem. Żeby ich nie budzić, łapnęliśmy po dwa ciastka ze stołu i poszliśmy szukać odpowiedniej marszrutki. Znalezienie transportu zwykle nie jest problematyczne, ale wymaga trochę cierpliwości, czasu i niebania się pytać lokalsów, skąd odjeżdża bus, który nas interesuje.

Barskoon jest kolejną miejscowością nad jeziorem Issyk-Kul, tym razem leżącą na jego południowym brzegu. To nie miejscowość, ale wiocha zabita dechami. Na drodze więcej koni i krów niż mieszkańców. Owiec nie liczę, owce to już stały element krajobrazu (trochę jak Niemcy w egzotycznych krajach). Znalezienie noclegu okazało się dosyć problematyczne, bo jechaliśmy w ciemno bez żadnej rezerwacji, czy nawet pomysłu, gdzie by się zatrzymać. W końcu otworzyła nam drzwi właścicielka pokoi gościnnych, jednak ze słowami, że oni w zimie nie działają, więc jak nam się tu nie podoba, to ona nas nie będzie zatrzymywać, czy tym bardziej zachęcać. Mimo swojego negatywnego nastawienia, zgodziła się (choć tak, jakby robiła nam łaskę, ale to może taka jej fizjonomia) na zaoferowaną przez Michała cenę. Z niedogodności: do toalety można chodzić tylko po zmroku (w dzień trzeba latać do wychodka), bo w dzień właścicielka gotuje w przyległej kuchni i nie podoba jej się idea korzystania z łazienki, jak ona obok je. Poza tym ma dużo uczniów na korepetycjach z angielskiego, więc my się między tymi uczniami przemykamy do kuchni i jadamy na stojąco, bo brakuje dla nas krzeseł. Ale wiecie co? Jest tu cieplutko, a ja ostatnio tak wymarzłam, że na pewno zostaniemy tu chwilę dłużej.

Skończyłam czytać kolejny nowy zakup „Krótką historię siedmiu zabójstw” Jamesa Marlona. Mam mieszane uczucia. Książka zdobyła nagrodę Bookera 2015 i porusza ważny temat slumsów, przestępczości i handlu narkotykami na Jamajce, ale przyznaję, że dla mnie była trochę zbyt chaotyczna i zbyt wulgarna. Fabuła oparta na faktach, opowiada o zamachu na Boba Marleya, ale wbrew temu, co zakładałam, to nie jest książka o nim. Raczej o polityce i walce gangów na jego wyspie od lat 70. do 90. XX wieku. Porównania do serialu „Narcos” są bardzo na miejscu, głównie ze względu na zaangażowanie CIA i DEA w jamajską scenę polityczną. Pojawiają się nawet wątki kolumbijskich karteli Medellin i Cali. Oceniam książkę jako dobrą, ale nie dla każdego, w tym niestety też nie dla mnie.

Okolice Issyk-Kul.

Okolice Issyk-Kul.

Dzień 158

Naszym celem na dzisiaj był zamarznięty wodospad, jedyna – poza polowaniem z orłami – atrakcja turystyczna Barskoon. Na polowanie za zimno, ale na zamarznięty wodospad akurat. Jedyne co, to okazał się być 15 km za wioską. Nastawieni optymistycznie ruszyliśmy w drogę. Nie zamierzaliśmy przejść 30 km, w cichości serca liczyliśmy na pomocną dłoń kierowcy zmierzającego w tym samym kierunku. I nie pomyliliśmy się: po pół godzinie przejechał pierwszy samochód i od razu zatrzymał się na nasze zamachanie kciukiem. Za kierownicą siedziała pani, która stwierdziła, że co prawda nie jedzie aż do samego wodospadu, ale nas podrzuci, bo my goście.

Wodospad okazał się być umiarkowanie imponujący (może po Islandii i tysiącu wodospadach uodporniliśmy się na ich urok), ale faktycznie całkowicie zamarznięty. Próbowaliśmy do niego podejść, ale nie było widać żadnego szlaku i w połowie drogi na szagę przez śnieg, zmuszeni byliśmy zrezygnować, bo zrobiło się zbyt stromo, skaliście i ślisko.

Drogę powrotną pokonaliśmy w połowie pieszo w połowie autostopem. Raz zatrzymali się robotnicy z budowy przy drodze, a za drugim razem starszy pan z dwójką dzieci w środku. Jednak autostopowanie jest możliwe, ale najwyraźniej na krótkich odcinkach i na takich drogach, gdzie samochody zmuszone są jechać wolniej.

Dostaliśmy maila od linii lotniczych, że zwrócą nam około 150 zł opłat lotniskowych. Zupełnie nie wierząc w powodzenie akcji, tydzień temu złożyliśmy wniosek o zwrot pieniędzy za niewykorzystane przez nas bilety powrotne (Almaty-Warszawa w połowie lutego). Jest to, co prawda, tylko 1/4 ceny, ale mnie cieszy, że cokolwiek udało się odzyskać.

Michał kilka dni temu skończył czytać biografię Elona Muska – twórcy SpaceX, SolarCity, Tesli. Słowem – kolejnego wizjonera, który konsekwentnie wprowadza w życie swój plan, by zmienić świat, zachęcając go do korzystania z czystej energii. I robi to upowszechniając samochody elektryczne, czy wypuszczając dachówki działające niczym panele słonecznie, a nie projektując nowy design telefonu. Zdecydowanie bardziej sympatyzujemy z Muskiem niż z Jobsem i już zaczynamy zbierać na rodzinną Teslę. Michał zapytany, czy poleciłby książkę odpowiada: jeśli kogoś Musk bardzo interesuje – to tak, a jak tak sobie, to niech poczeka aż Musk umrze, bo ta biografia jest interesująca, ale to dopiero preludium; lepsze biografie powstają po śmierci niż za życia danej jednostki. Jak zwykle wylewny.

Barskoon.

Barskoon.

Dzień 159

Trzeci dzień w Barskoon, a my wciąż traktowani jak niechciani goście. To nastawienie właścicielki, ani brak ciśnienia pod prysznicem, ani wychodek (chociaż toaleta jest w domu) by nas nie zraziło, ale po tym, jak jej syn zjadł nam ser, jedyny dodatek do chleba, stwierdziliśmy, że Barskoon nam już wystarczy.

Pogoda dobra, ale trochę męcząca. Bardzo ostre słońce (może dlatego, że jesteśmy na 1800 m), kilka stopni na minusie i wszędzie pył, taki piach wymieszany z wysuszonymi końskimi kupami. Za każdym razem, gdy mija nas jakikolwiek pojazd, albo wstrzymujemy oddech, albo schodzimy głęboko na pobocze, albo najczęściej jedno i drugie. Mimo wszystko, by jednak ruszyć tyłek, wybraliśmy się dzisiaj na 10-kilometrowy spacer nad jezioro.

Korzystając z czasu wolnego tym kończymy kolejne książki-prezenty. Z czystym sumieniem mogę polecić króciutką „Tortilla flat” Steinbecka. Zbiór lekkich, ale jakże ciekawych i trafnych historyjek z życia hiszpańsko-amerykańskiej społeczności w Kalifornii tuż po I wojnie światowej. Po „Gronach gniewu” czy „Na wschód od Edenu” ta pozycja wydała mi się zbyt zabawna jak na tego autora, ale to, co zwłaszcza Michał ceni, czyli plastyczność i realność opisów, można w „Tortilla flat” znaleźć w obfitości.

Pomnik ciężarówki(?). Więcej nie wiemy, nie było żadnej tabliczki.

Pomnik ciężarówki(?). Więcej nie wiemy, nie było żadnej tabliczki.

Dzień 160

Tak jak postanowiliśmy wczoraj, tak zrobiliśmy – wybraliśmy się w dalszą drogę dookoła jeziora. Nie byliśmy pewni, skąd odjeżdżają minibusy do Bokonbajewa, dlatego doszliśmy do głównej drogi w tym kierunku, z myślą, że przecież muszą tamtędy przejeżdżać. Wyczucie czasu – idealne: gdy tylko wyszliśmy na drogę podjechała marszrutka w naszym kierunku.

Bokonbajewo to największe miasteczko po południowej stronie jeziora, żyje tutaj około 10 tys. mieszkańców. O tym, że to już nie wieś świadczy głównie mniejsza ilość krów na ulicach. Nie ma tu szczególnie turystycznych atrakcji, poza tym, że miasteczko otaczają wysokie szczyty. 

Dzień 161

Śpimy w typowym Bed&Breakfast, tym razem korzystając z kirgijskiej gościnności (nasza poprzednia gospodyni miała rosyjskie rysy, stąd może bardziej sowieckie podejście do gościa?). Na śniadanie od dwóch tygodni jemy jajka pod różnymi postaciami, na obiad od pięciu dni – lagman (leczo z makaronem), a do kawy ciastka. Ciastka stanowią zwykle połowę asortymentu tutejszych małych sklepów spożywczych, a że obojgu trudno nam się obyć bez czegoś słodkiego, to tyle tłuszczów trans, co spożyliśmy w ciągu ostatniego miesiąca, to chyba przez ostatnie kilka lat nam się nie zdarzyło. Jeszcze a’propos kawy, miał dzisiaj miejsce drobny incydent, który mi sen spędził z oczu. Chciałam umyć filiżankę po kawie, żeby nie zostawiać po sobie wszędzie brudnych naczyń, bo to nie ładnie. Namierzyłam w kuchni zlew, ale bez kranu. No to nabrałam wody z baniaczka, wypłukałam fusy (bo my kawę zalewajke pijemy od dłuższego czasu), sprawdziłam pod zlewem, czy na pewno są rury, bo po Wietnamie już wiem, że to wcale nie oczywiste i chlup do odpływu. A fusy co? Chlup na białą ścianę za zlewem. Rury może i były, ale bez kontynuacji w ścianie. Najwyraźniej trwa remont i zlew został przesunięty w losowe miejsce. Powinien mi dać do myślenia korek w odpływie… Drobna rzecz, a dwa dni chodziłam jak struta, nie mogąc się przemóc i zwrócić uwagę właścicielom na kawową dekorację ich białej ściany.

Poszliśmy dzisiaj na kolejny długi spacer w kierunku gór. Michał wiąż poluje na idealny kadr na timelapsy, ale z tym kiepsko, bo góry są zwykle: albo pod słońce albo za mgłą albo daleko albo niebo jest bezchmurne. Do tego na naszej trasie spacerowej wyrosło trzech chłopaków, pilnujących owiec i ewidentnie się nudzących. Mimo że zwykle nie podejrzewamy ludzi o złe wobec nas zamiary, to w tych wyrostkach coś nam się nie podobało. Mieli przewagę liczebną, dziki wzrok, może byli po alkoholu, do tego z nudów dziwne rzeczy potrafią przychodzić do głowy. Tak więc dosyć szybko zmieniliśmy kierunek marszu i zawróciliśmy. Czasem lepiej nie prowokować. Co do nudy, Michał przeczytał ciekawy artykuł o tym, jak Islandzki rząd w ciągu ostatnich 20 lat skutecznie ograniczył nadużywanie alkoholu, palenie papierosów i narkomanię wśród nastolatków, na wielką skalę wprowadzając częściowo refundowane zajęcia pozalekcyjne. Sport, sztuka, muzyka. Jeśli kogoś interesuje gra na instrumencie – może się uczyć pod okiem nauczyciela, jak sztuki walki, to trener też się znajdzie. Wszystko po to, by się nie nudzić i socjalizować w zdrowy sposób. W Polsce pierwsze co, to przychodzi mi do głowy harcerstwo, jako odpowiednik islandzkich zajęć. Tylko przydałby się jakiś poważny monitoring, tego kto zostaje instruktorem, bo ci pozostawiają często wiele do życzenia jeśli chodzi o „zdrowe socjalizowanie się”.

Bokonbajewo.

Bokonbajewo.

Dzień 162

Od rana pani gospodyni zaserwowała nam pyszny omlet z cebulą, ziemniakami i marchewką, czyli jajek ciąg dalszy. Na spokojnie zebraliśmy się i ruszyliśmy w stronę postoju marszrutek. Znaleźć transport do Biszkeku jest bajecznie prosto. W zasadzie to w większości przypadków transport sam Cię znajduje, nawet jak tego nie chcesz, albo akurat jedziesz w inną stronę. Trasa trwała 4,5 h i była dosyć męcząca. Tuż za nami siedziało dwóch całą drogę głośno dyskutujących panów. Jeden z nich jechał z 5-7-letnim wnuczkiem. Wnuczek zaś kaszlał i pociąg nosem tak, że aż gulgotało. Ach ci dziadkowie, lizaka wnuczek dostał, ale jakoś nikt nie wpadł na pomysł, by mu wytrzeć nos i chłopiec bulgotał, i męczył się tak całą drogę. Dałam mu nawet chusteczkę, ale nie widział co z nią zrobić. 

Po dwóch tygodniach krążenia wokół jeziora Issyk-Kul dotarliśmy znów do stolicy Kirgistanu, do Biszkeku. Niewiele się zmieniło, poza tym, że stopniał lód na chodnikach – znak, że odwilż. Nocujemy w tym samym nowiutkim hostelu, co ostatnio, tym razem jednak nie jesteśmy sami w pokoju. Wraz z nami śpi tam czterech Kazachów. Gdy jeden z nich o ciekawym imieniu – Sultan – dowiedział się, że jesteśmy z Polski, od razu zadzwonił do swojej żony. Okazało się, że była na stypendium na magisterce w Katowicach i studiowała filologię polską. Mieszkają w Almatach i w ostatni piątek miesiąca spotykają się z polską społecznością w kawiarni, by porozmawiać… po polsku. Rewelacyjnie mówiła w naszym języku, praktycznie bez akcentu. Bardzo jej się w Katowicach podobało, tylko narzekała, że dwa lata jadła właściwie tylko kurczaki, bo wieprzowiny jako muzułmanka nie tyka, baranina w Polsce śmierdzi a wołowina jest twarda. Najwyraźniej nie próbowała zrazów naszych babć. Wymieniłyśmy się numerami i wysłała nam mnóstwo linków do atrakcji turystycznych w okolicach Almatów. Kto wie, może spotkamy się na tym polskim wieczorku.

Skończyłam kolejną i pewnie ostatnią książkę na tym wyjeździe. Jednym z powodów, dlaczego cieszyłam się na te półroczne wakacje, była możliwość przeczytania tych wszystkich książek, na które normalnie nie mam czasu. Wszystkie, to może trochę za dużo, ale pod względem molowoksiążkowym jestem usatysfakcjonowana. Tym razem o wywiadzie z ks. Janem Kaczkowskim „Życie na pełnej petardzie”. Naprawdę bardzo rozsądny człowiek, z dużym poczuciem humoru, z ogromnym dystansem do siebie i (co rzadziej spotykane) do instytucji, którą reprezentuje, do Kościoła Katolickiego. Co prawda Michał twierdzi, że gdyby nie był księdzem, jego opinie przeszły by bez większego echa, jako słowa normalnego, mądrego człowieka, ale przez koloratkę nabierają atrakcyjności. To w sumie przykre, bo wynika z tego, że zakładamy, iż duchowieństwo w Polsce najwyraźniej rzadko wyraża się w sposób wyważony, rozsądny czy szczery. A może po prostu ich odczłowieczamy, i gdy tylko jakiś ksiądz pokaże ludzką twarz, to jest to wydarzenie na skalę kraju? Nie wiem, ale wywiad czytało mi się doskonale, kilku rzeczy się dowiedziałam, kilka fragmentów mnie zainspirowało, mimo kontekstu (glejak mózgu) była to pozytywna lektura, myślę, że ciekawa zarówno dla ultrakatolików jak i niewierzących.

Cmentarz muzułmański.

Cmentarz muzułmański.

Dzień 163

Ostatni dzień w Kirgistanie. Uczciliśmy go spotykając się na lunch z Mirlanem i Lauren, couhsurferami poznanymi dwa tygodnie temu w podobnych okolicznościach. Mirlan jest Kirgizem i pracuje na Uniwersytecie Środkowej Azji – prywatnym międzynarodowym ośrodku ufundowanym przez Irańczyka mieszkającego w Szwajcarii. Jego mama martwi się, że Uniwersytet ma powiązania z Państwem Islamskim, co jest plotką wyssaną z palca, ale nawet umiarkowane państwa muzułmańskie (jak Kirgistan) obawiają się jakichkolwiek powiązań z ISIS. Lauren, Amerykanka, wciągnęła się już na dobre w pracę dla organizacji broniących praw kobiet i społeczności LGBT. Ze względu na naszą głęboką niechęć do lagmana poszliśmy do indyjskiego bufetu: płacisz 18 zł i jesz do oporu. Nasz najdroższy posiłek w Kirgistanie, ale dawno mi tak curry nie smakowało.

Po drodze zaszliśmy też na pocztę oraz do sklepu sprzedającego różne drobiazgi i akcesoria z filcu. Filc to najpopularniejszy materiał w Kirgistanie: czapki, szaliki, kapcie, buty, torby, portfele, nawet szopkę bożonarodzeniową robią z filcu.

Myślimy z Michałem, żeby wrócić do Kirgistanu latem. Ma ogromny potencjach backpakerski: mnóstwo gór, mało ludzi, mało restrykcji. Ponieważ Kirgizi to tradycyjnie naród koczowników, nikogo ponoć nie dziwi rozstawiony gdzieś w polu czy w górach namiot. Do tego jest to kraj tani, a ludzie są otwarci, ale nie nachalni, jak ma to miejsce w niektórych biednych krajach, gdzie już dotarło więcej turystów. Turystyka w Kirgistanie to dopiero historia ostatnich 8 lat. Michał twierdzi, że to taka biedniejsza i mniej zatłoczona Gruzja, a loty w podobnej cenie. Tylko wina nie widzieliśmy, a gruzińskie wino jest sławne.

Podobno czasem ludzie są zdziwieniu, że w Kirgistanie są bankomaty. Na zdjęciu wciąż Kirgistan. Nie dajcie się oszukać naszym zdjęciom Kirgiskiej wsi.

Podobno czasem ludzie są zdziwieniu, że w Kirgistanie są bankomaty. Na zdjęciu wciąż Kirgistan. Nie dajcie się oszukać naszym zdjęciom Kirgiskiej wsi.

Print Friendly, PDF & Email

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail