or There and Back Again with photographs

Praga i powrót, czyli podsumowanie

Dzień 169

Dzień poświęcony na transport. Najpierw lot Almaty-Istambuł, 4 h na przesiadkę a następnie Istambuł-Praga. Do Turcji generalnie wymagane są wizy, ale nie w przypadku przesiadki – pod jednym warunkiem, że nie będzie się opuszczać strefy transferowej. Po wyjściu z samolotu bardzo pilnowaliśmy, aby przypadkiem nie znaleźć się po złej stronie bramek i nie mieć problemów z brakiem wiz. Mało realistyczny scenariusz, ale lepiej dwa razy niepotrzebnie sprawdzić, niż później się przejmować.

Z lotniska w Pradze odebrała nas para czeskich couchsurferów – Tomas i Eva. Niewiele starsi od nas, oboje pracują w banku, choć na innych stanowiskach. Można powiedzieć „pracowali”, bo Tomas w zeszłym tygodniu złożył wypowiedzenie. Powód – planowana podróż dookoła świata. Powiedzieli, że przystali ochoczo na nocowanie nas, bo są ciekawi wrażeń po naszej wyprawie. Mogliśmy się podzielić naszymi spostrzeżeniami, wskazówkami, radami praktycznymi.

Jan Hus. Duma narodowa Czechów.

Jan Hus. Duma narodowa Czechów.

Dzień 170

Piękny dzień w Pradze. Ponieważ Tomas z Evą nie mają zapasowych kluczy, musimy razem z nimi opuszczać mieszkanie i wracać, gdy skończą pracę. Jest tylko jeden problem: od rana -11 stopni Celsjusza. Dzień był dosyć wypełniony – od rana szukaliśmy banku, coby zdobyć trochę czeskich koron, a o 10:00 ruszał tzw. free walking tour. Tym razem trafił nam się rewelacyjny przewodnik: idealne proporcje historii i ciekawostek, 2,5 h słuchałam każdego zdania, które wypowiada. Aż nie wiem, czy on był taki dobry, czy może po ostatnim nieudanym tourze była to miła odmiana. W każdym razie szczerze polecamy (ponieważ podobnych wycieczek jest milion, załączam linka do tej, z której my skorzystaliśmy). Praga zrobiła na nas obojgu duże wrażenie i wzbudziła autentyczną zazdrość w stylu „co by było, gdyby nie zrównano nam stolicy z ziemią”. Wrażenie tym większe, że w jaskrawym kontraście do nudnych i szarych miast Kirgistanu czy Almaty w Kazachstanie. Zwykliśmy patrzeć na Czechów z wyższością w związku z tym, że poddali się III Rzeszy bez walki, a my tak dzielnie i tragicznie broniliśmy niepodległości. Ale nie pamiętam, aby ktokolwiek opowiadał mi o układzie monachijskim, kiedy to sojusznicy Czechosłowacji (Francja i Wielka Brytania) na rok przed II Wojną Światowa oddali Hitlerowi Kraj Sudetów, niemałą część terytorium ówczesnej Czechosłowacji i praktycznie całą linię ich umocnień obronnych – nie mieli za bardzo jak się bronić, do tego nie podsycali w sobie fałszywej nadziei w sojuszniczą pomoc, skoro ci zdradzili ich jeszcze przed wojną. Na wycieczce dowiedzieliśmy się również jakim cudem tuż obok kwater SS ocalała synagoga – otóż Hitler po eksterminacji Żydów planował stworzyć muzeum wymordowanego narodu. Sprowadzał do Pragi wszelkie przedmioty, związane z kulturą judaizmu; nie mogło zabraknąć również synagogi. 

Na samym początku Rob, przewodnik, wytłumaczył nam fenomen zegara astronomicznego i znaczenie “show”, jakie odbywa się o każdej pełnej godzinie. Ów pokaz jest wysoko na liście “najbardziej rozczarowujących atrakcji Europy” (na pierwszym miejscu jest Mona Lisa). Ludzie ustawiają się kilkanaście minut wcześniej by mieć dobry widok, a sam show trwa 26 sekund i składa się z: kościotrupa bijącego w dzwony (“memento mori”) i figurek grzeszników, które kręcą głowami, że to jeszcze nie ich czas, pochodu apostołów, którzy mają nam najwyraźniej poprawić humory po trudnych rozważaniach na temat śmierci. Przyznam, że bardzo mi się te 26 sekundy podobały.

Na spacerze z przewodnikiem tak strasznie zmarzliśmy, że aby poczuć znów stopy wybraliśmy się do kina na „La la land”. Gdzie się ostatnio nie obejrzę, wszyscy to polecają – więc się skusiliśmy. Film był puszczany w małym kinie w oryginale z czeskimi napisami (dodatkowy folklor), był niezły, ale nie jakiś genialny, ale przede wszystkim było cieplutko. Po południu jeszcze wejście na wieżę ratusza (tę z zegarem astronomicznym) na zdjęcia, a wieczorem wyjście na piwo z Tomasem. Bar, który wybrał był wyjątkowy: każdy stolik posiadał swoje własne „kije”/nalewaki do piwa. Zamiast zamawiać przy barze, dostawało się kufel i przy swoim stoliku można było sobie nalać dokładnie tyle alkoholu na ile się miało ochotę i tak jak się chciało. Dodatkowo, genialny zabieg marketingowy, na ścianie wyświetlała się klasyfikacja, przy którym stoliku wypito najwięcej litrów piwa. A jak akurat trafi na ambitnych… Koniec imprezy szybki.

Klasyki Pragi - Most Karola, Zamek.

Klasyki Pragi – Most Karola, Zamek.

Dzień 171

Całą noc padał śnieg, więc Praga przywitała nas dzisiaj na biało. Tak ślicznie było, tylko że znów zimno, dlatego na przedpołudnie zabunkrowaliśmy się w budynku biblioteki politechniki praskiej – poza tym, że serwowano tam dobrą kawę, balkony poszczególnych pieter ozdobione był ciekawymi współczesnymi rysunkami. Sumarycznie – hipnotyzujący efekt. Cieszymy się, że je znaleźliśmy, a wszystko dzięki temu praktycznemu i ciekawemu kanałowi na YouTubie, który również polecamy. Dzięki niemu dowiedzieliśmy się, gdzie nie wymieniać pieniędzy, gdzie tanio zjeść, gdzie można znaleźć konia wiszącego do góry nogami i mnóstwa innych równie przydatnych rzeczy.

A to ci rumak.

A to ci rumak.

Kolejny dzień spędzony na spacerowaniu miastem, jego uliczkami. Romantycznie i uroczo. I zimno – zimniej niż w Kazachstanie, niesamowite. Cały dzień padał śnieg, a wraz z nim padali na chodnik nie przywykli do takiej pogody Azjaci. Kolejna ciekawa historia z wycieczki z przewodnikiem. W czasie II Wojny Światowej na swoją siedzibę w Pradze naziści wybrali Rudolfinum – piękny budynek audytorium muzycznego, a to dlatego, że główny praski nazista był wielkim miłośnikiem muzyki. Na dachu Rudolfinum, jako forma dekoracji, stoją posągi znanych kompozytorów jednym z nich jest Mendelssohn – Niemiec, ale żydowskiego pochodzenia. Naziści dostali więc polecenie od przełożonego, aby Mendelssohna z dachu zrzucić. Gdy weszli na górę uświadomili sobie, że nie mają pojęcia jak żydowski kompozytor wygląda, ale podeszli do sprawy z niemiecką naukową precyzją i zaczęli mierzyć posągom nosy; ten z najdłuższym nosem musi być Żydem. Logiczne, prawda? Gdy już zniszczyli postać z najdłuższym nosem, od przełożonego dowiedzieli się, że z dachu zrzucili nie Mendelssohna, ale… Wagnera, ulubionego kompozytora Hitlera. Do dzisiaj na Rudolfinum stoi Medelssohn, natomiast Wagner już na swój cokół nie wrócił.

Zostało nam około 500 koron, a jutro już wracamy do Polski. Jak można wydać dodatkowe pieniądze w Czechach? Na piwo! Jak powiedziała, tak zrobiła i na drugi dzień przyszło nam pakować ponad 10 l, butelkowanego czeskiego alkoholu.

Panorama Pragi.

Panorama Pragi.

Dzień 172

No i powrót. Polskim Busem do Wrocławia, a stamtąd zabrali nas moi rodzice. Pierwsze co rzuciło nam się w oczy po przekroczeniu polsko-czeskiej granicy to mnóstwo banerów reklamowych, wszędzie. Druga rzecz – fotoradary, a nie widziałam ich przez tyle czasu! Rodzice przywitali nas szarlotką, śledzikiem i własnym chlebem, babcia jutro robi pączki dla wnusiów… Tak miło wrócić do domu. Gdy siedzieliśmy przy stole z rodziną – to banalne – ale nie mogłam się pozbyć uczucia odrealnienia, że w zasadzie to nigdzie się nie ruszałam przez ostatnie 6 miesięcy, tylko siedziałam w domu z kawą w ręce i wodziłam palcem po mapie. Wszyscy pytają, jak się czujecie w końcu w domu? Dobrze się czujemy. Jesteśmy bardzo podekscytowani (zwłaszcza Michał, na myśl o mieszkaniu z teściami przez najbliższy rok) na myśl o nadchodzących miesiącach i spotkaniach z długo niewidzianymi znajomymi. Wciąż mamy cały miesiąc do podjęcia pracy, to bardzo dużo czasu. Po wypakowaniu się, zjedzeniu tych wszystkich pysznych rzeczy, praniu, w pierwszej kolejności ruszyliśmy do “wicia gniazdka”. Dostaliśmy do swojej dyspozycji niemałą przestrzeń na najbliższe kilkanaście miesięcy i próbujemy ją zagospodarować, ale to już zupełnie inna historia ;)

Podsumowanie

Poruszaliśmy się na zachód. Wmawiamy sobie, że jesteśmy przynajmniej jeden dzień młodsi, bo słońce zaszło dla nas jeden raz mniej niż w Polsce. Nie będę pisać, że było warto, bo to dla nas oczywiste. Z mniej oczywistych rzeczy: wytrzymać ze sobą non stop (powtórzę: non stop) 172 dni to cementujące doświadczenie. Cały wyjazd można nazwać “małżeńskim kursem rozwiązywania konfliktów w 10 minut” – to bardzo cenna umiejętność, którą trenowaliśmy prawie codziennie. Nie ma czasu na fochy, gdy ciągle trzeba podejmować decyzje “to co teraz robimy, gdzie jedziemy, co jemy i gdzie śpimy”, to po prostu nieopłacalne. To na duży plus. Z innych plusów – tysiące stron przeczytanych książek. Nie łudzę się, że podtrzymam tempo, ale szalenie się cieszę, że mogłam poczytać na zapas. W bilansie zysków i strat, po stronie zysków znajdzie się jeszcze chińska tania elektronika, kontakty do niesamowitych osób na całym świecie, wściekle czerwona narzuta dla nowożeńców, którą dostaliśmy od chińskiej rodziny w Xianie i 50 ćwierćdolarówek z różnymi stanami z USA to nasze jedyne pamiątki.

Ze strat:

  • oberwał Kindle Michała, a mój został zupełnie znokautowany
  • kilka dziur w odzieży tu i ówdzie łatanych na bieżąco lub pozostawionych samych sobie
  • Michała buty mają tak startą podeszwy, że jeszcze trochę a widać byłoby przez nie skarpetki
  • mój mąż w nieznanych mi okolicznościach zapodział gdzieś bieliznę narciarską, która służyła za piżamę
  • zgubiliśmy po drodze dwie gąbki i chyba z dwa szampony,

Wszystkim czytającym nasze relacje dziękujemy i podziwiamy, że dotarliście aż tutaj. W najbliższym czasie pojawi się jeszcze jedno podsumowanie, bardziej konkretne, by nie powiedzieć techniczne, między innymi o tym, ile dokładnie wydaliśmy na naszą podróż (spoiler: dużo mniej niż przewidywaliśmy) i które przedmioty nam się przydały, a które nie za bardzo, taki subiektywny przewodnik po pakowaniu się.

Print Friendly

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail