or There and Back Again with photographs

Rekonwalescencja w Xian, kolebce chińskiej cywilizacji

Dzień 121

My już w Xian, dawnej stolicy Chin, jednego z najstarszych miast w całym kraju. Kompletnie tego po nim nie widać. Pewnie jest to zasługa chińskich buldożerów tylko czekających, by zburzyć coś starego, a postawić na jego miejsce coś wielkiego, brzydkiego i podświetlonego tysiącem lampek choinkowych. Taka w skrócie jest nasza opinia o tutejszej współczesnej architekturze. Pamiętam z przewodnika historię pewnego zabytkowego meczetu, który postanowiono wyburzyć i wybudować jego większą wersję, która obecnie wygląda jak nieudane kasyno w Las Vegas.

Tak więc Xian… Miasto znane przede wszystkim z Armii Terakotowej, która w zasadzie nie znajduje się w samym mieście ale kilkanaście kilometrów od centrum. Podziwianie zbioru żołnierzy i ich koni naturalnej wielkości, które miał ze sobą zabrać do grobu chiński cesarz, sprowadza się do wejścia na platformę obserwacyjną, zrobienia kilku zdjęć i powrotu do Xian. Przekalkulowaliśmy sobie, że ze względu na nasz mały budżet (taka wycieczka to koszt ok 150zł/os) oraz fakt, że już trochę znużyło nas zwiedzanie, odpuścimy sobie Armię Terakotową. Poza tym, kilku terakotowych żołnierzy jest wystawionych na parterze Muzeum Shaanxi i to zupełnie za darmo. Może nie robią takiego wrażenia jak kilka tysięcy tych figur, ale myślę, że nam to wystarczy.

Dzisiejszą noc i następnych trzy spędzamy z chińską rodziną: Ericą, Fengiem i ich 2-letnią córeczką Teresą. Mieszkają w ładnym, dużym apartamencie, zupełnie w centrum miasta. Ona zajmuje się funduszami inwestycyjnymi, on jest inżynierem (wiem, że to szerokie pojęcie, ale zawsze gubię się w tych różnych inżynierach), dzieckiem zaś opiekuje się mama Fenga. Zaciekawiło mnie, gdy opowiadali o stosunku do rodziców. Erica narzekała, że teraz kilka lat po ślubie jej mama nagle się obudziła i wierci jej dziurę w brzuchu, że wyszła za faceta z Xian, podczas gdy ona sama jest z południa Chin. Mówiła, że pytała mamy tuż przed ślubem, czy może wyjść za Fenga i gdyby mama się nie zgodziła, to by go nie poślubiła, a ta nic nie mówiła. Wszystko rozbija się o opiekę nad rodzicami na starość. Na szczęście Erica ma jeszcze brata, który został z rodzicami. Jednocześnie podkreślała, jak bardzo nowoczesnych rodziców ma jej mąż, bo powiedzieli, że jakby młodzi chcieli to mogą się przeprowadzić, gdzie chcą, nie muszą zostawać w Xianie. U nas, gdy rodzice zgadzają się na przeprowadzkę dziecka nikt nie nazywa ich postępowymi – zupełnie inna perspektywa.

Xian.

Xian.

Dzień 122

W trakcie naszego pobytu w Xian, na samym początku Jedwabnego Szlaku postawiliśmy głównie na kulinarne doświadczenia. Jest to pierwsze miasto, w którym mamy okazję przechadzać się po dzielnicy muzułmańskiej. Wiąże się to z ogromną popularnością baraniny, jako mięsnej wkładki do nudli. Popisowym daniem Xian jest miks kuchni chińskiej i muzułmańskiej: porządny plaster pieczonej baraniny z pokruszonym płaskim chlebem i to zalane oczywiście bulionem z niewielkim dodatkiem ryżowego makaronu. Właściwie można iść za zapachem baranich szaszłyków i prażonych orzechów w miodzie i trafi się bez problemu do meczetu. Meczet, jeden z pierwszych z Chinach (na szczęście nie przerobiono go jeszcze na modłę Las Vegas) zupełnie meczetu nie przypominał. Gdyby nie obecność brodatych Azjatów i mężczyzn modlących się na dywanikach, można by go pomylić z jakąkolwiek inną świątynią w Chinach ze względu na układ budynków i wywinięte dachy.

Innymi znanymi tutejszymi daniami jest chiński hamburger, który wygląda właściwie jak przekrojony płaski chlebek z siekaną wieprzowiną i… na tym koniec. Aż prosi się o plasterek ogórka, czy sałaty (dla tych co ogórków nie tolerują), ale nie tylko chleb i mięso. Inną potrawą są „zimne nudle”, czyli faktycznie zimny ryżowy makaron z sosem czosnkowo-sezamowym. Typowy lunch lokalsów to właśnie hamburger i do tego zimne nudle; w sumie koszt 13 yuanów, czyli 8,5 zł.

Złapało mnie jakieś paskudne zapalenie gardła, więc poza wychylaniem nosa na jedzenie, cały dzień spędziłam pod kołdrą. Jedyne czego mi było trzeba to antybiotyku i okazjonalnego „ojoj” ze strony Michała (o to drugie wcale nie tak łatwo). Na początku narzekałam, że bez sensu tak być chorym w obcym kraju, że nawet nie ma jak sobie zrobić herbaty z cytryną i miodem, ale z drugiej strony w prawdziwie dorosłym życiu już nie będzie czasu na beztroskie leżenie pod kołdrą nawet w czasie choroby. Tak przynajmniej ja to widzę i delektuję się tym czasem odpoczynku.

Smog się ostatnio nasilił.

Smog się ostatnio nasilił.

Dzień 123

Kolejny dzień przeznaczony na rekonwalescencję. Z tej okazji Erica przygotowała dla mnie popularny na południu Chin specyfik na wszelkiego rodzaju choroby – herbatę ziołową. Do garnka wrzuciła około 5 łyżek czegoś, co wyglądało zupełnie jak suszona kora, do tego łyżka ryżu i gotowała całość kilkanaście minut. W smaku – znośne, nawet smaczne, spodziewałam się gorzkiego napoju, trochę jak lapacho, ale nie. Przy okazji mogliśmy podrążyć temat chińskiej medycyny naturalnej. Erica mówiła, że tam skąd ona pochodzi, każdy może być lekarzem i leczy się głównie przy użyciu szeroko dostępnych ziół. Natomiast w Xian, jak to w dużym mieście ludzie wolą chodzić do lekarza przepisującego tabletki i pigułki zamiast tajemniczych dekoktów. Kilka okołoporodowych ciekawostek. Erica opowiadała, że po porodzie, po powrocie ze szpitala pierwsze co zrobiła to wzięła długi i gorący prysznic wzbudzając tym samym sprzeciw teściowej. A to dlatego, że w Chinach wciąż wierzy się, że w pierwszym miesiącu połogu kobieta nie powinna się myć, ani wychodzić na dwór. W zasadzie jedynymi akceptowalnymi czynnościami jest leżenie, jedzenie i karmienie noworodka. Inny zwyczaj: 30 dni po porodzie = 30 kurczaków. W kobiety karmiące praktycznie wmuszany jest tutaj codziennie rosół z kury; co się dzieje z mięsem, nie wiemy. Jak z kury to jeszcze pół biedy, ale na południu popularną praktyką jest zabieranie ze sobą łożyska i gotowanie kobiecie zupy na jej własnym łożysku. Erica twierdzi, że nie jest taka zła. Już nie w połogu, ale tak generalnie popularne jest nacieranie się różnego rodzaju alkoholowymi ekstraktami, tak jak nasz Amol, skuteczna jest też nalewka z węża, ale do stosowania zewnętrznego. Wciąż króluje stawianie baniek. Gdy mówiliśmy, że pokolenie naszych babć, ale czasem i mam również stawia dzieciom bańki, Erica pytała, czy nauczyły się tego od Chińczyków – nie wiedzieliśmy, skąd ten zwyczaj w Polsce. W drobnych stanach zapalnych jamy ustnej lub przy bólu zęba trzyma się w ustach ziarna pieprzu syczuańskiego. W to akurat uwierzę, że jest skuteczne, bo to ta przyprawa, która powoduje, że drętwieje język i usta – Syczuan jest z niej znany. Poza ziołami, grzybami, różnymi zupami, medycyna chińska to też akupunktura. Erica opowiadała, jak na akupunkturę zabrano jej brata, bo nie słyszał na jedno ucho; ponakłuwano mu okolice małżowiny. Pytamy, czy pomogło. „Yyy, nie. Ale to dlatego, że rodzice przyszli za późno”.

Baran i baranina.

Baran i baranina.

Dzień 124

Zebraliśmy się w końcu do muzeum. Stojący na parterze żołnierze terakotowi okazali się fascynujący. Każdy z nich miał inne rysy twarzy, na których malowały się różne emocje, inny mundur, fryzurę, kilku było opisanych jako powołanych do wojska cywili. Nawet konie się różniły: jedne wyglądały jak ogarnięte szałem bojowym rumaki, inne miały urodę raczej oślą. Fenomen Armii Terakotowej nie polega na jej liczebności, ale na niepowtarzalności. Nie jest sztuką odlać kilka tysięcy figurek z tej samej formy, ale już rzeźbienie tej samej ilości żołnierzy – noo, wyczyn niezwykły.

Ponieważ mamy aż za dużo czasu wolnego zaczynamy się mentalnie i merytorycznie przygotowywać do decyzji, która czeka nas po powrocie do Poznania, a która zapewne dotyczy lwiej części naszych znajomych: „wynajmować mieszkanie, kupić na kredyt, a może to i to”. Książka „13 pięter” Springera rozbudziła w nas sporo obaw, ale takich zdrowych, żeby bardzo, ale to bardzo ostrożne podchodzić do rynku nieruchomości w Polsce. A jak o ostrożności i inwestycjach mowa, to naszym głównym źródłem informacji na ten temat jest rewelacyjny blog Michała Szafrańskiego – Jak Oszczędzać Pieniądze. Korzystamy z jego zdroworozsądkowych porad i arkuszy do tworzenia budżetu domowego od ponad roku, a kilka dni temu odkryliśmy całą serię podcastów o wynajmie i kupnie mieszkania. Facet jest tak transparentny ze swoimi finansami, niektórzy mogliby powiedzieć, że aż bezwstydny, ale czego tu się wstydzić? Na pewno nie konsekwencji w oszczędzaniu ani umiejętnego gospodarowania pieniędzmi. Myślę, że możemy się od niego sporo nauczyć, im wcześniej tym lepiej, nawet jeśli dotychczas w rubryce tabelki „przychody” wpisywaliśmy głównie „rodzice”.

Michał (mój, nie bloger) ostatnio skończył dwie pozycje, które męczył od kilku miesięcy: „Boże igrzysko” Normana Daviesa o historii Polski (od mitycznych początków do roku 2000) i biografię Steve’a Jobsa, tę ostatnią w formie audiobooka. Na pytanie, czy poleca, mówi, że to skomplikowane, ale raczej tak. Ja się cieszę, bo gdy czytał sprzedawał mi co ciekawsze fragmenty, przez co mogłam sobie uporządkować moją niewielka wiedzę historyczną, a wiem, że gdybym sama czytała to tomiszcze to pewnie skończyłabym po kilku tygodniach i nic z niego nie pamiętała, żadnych szczegółów. Dla Michała szczegół jest wszystkim. Natomiast Steve Jobs… Chyba warto przeczytać jego biografię, by dowiedzieć się, jakim człowiekiem był właściwie twórca Apple’a. Zdradzę, to co wyciągnęłam z fragmentów przytaczanych przez Michała – wizjonerem i perfekcjonistą, ale też nieznoszącym sprzeciwy megalomanem i manipulantem z zaburzeniami nastroju. Zostanę jednak przy wyrobach Xiaomi.

Terakotowi żołnierze i ich konie.

Terakotowi żołnierze i ich konie.

Print Friendly

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail