or There and Back Again with photographs

Road trip – ogórkiem przez stan Washington

Dzień 74

W końcu nadszedł ten dzień – ruszamy na najprawdziwszy amerykański “road trip” po stanie Washington! Mieliśmy wyjechać z samego rana, ale Ed jeszcze dopieszczał hippivana i upewniał się, że wszystko działa przed odjazdem. Upewniał się i upewniał, aż ostatecznie wyjechaliśmy około południa. Dziś do zrobienia zaledwie 150 km – chcieliśmy objechać najwyższą górę w okolicy Mount Rainier. Podobno Washington jest jeszcze bardziej deszczowy od Oregonu; nasze doświadczenia to potwierdzają, calutki dzień lało i diabli wzieli “spektakularne, zapierające dech w piersiach” widoki na szczyt. Jadąc autem doświadczamy komfortu niezależności i możemy dojechać do kempingów, które są od drogi oddalone. Niby oczywistość, ale zwykle byliśmy skazani na noclegi, do których da się dojść na własnych nogach, a to robi tutaj sporą różnicę.
Michał bardzo ładnie dawał sobie radę za kółkiem (zresztą, czemu miałby sobie nie dawać), ciekawi jesteśmy jak wyjdzie nam zużycie paliwa, zwłaszcza, że większość trasy przejechaliśmy po górach. Kilka zasad ruchu drogowego nas tutaj zaskoczyło. Na przykład: skręcanie w prawo na czerwonym, albo skrzyżowania ze znakiem “stop all way”, dla każdego kierunku. Ten specyficzny rodzaj skrzyżowań rozpracowywaliśmy już w Kanadzie, gdy jeździiśmy na rowerach. Jest to skrzyżowanie równoległe, gdzie niezależnie od tego, skąd się nadjeżdża, należy się zatrzymać, a pierwszeństwo ma ten, kto pierwszy przyjechał na skrzyżowanie. Jeżeli dwie osoby nadjechały równocześnie, wtedy działa reguła prawej ręki. Brzmi to dosyć skomplikowanie i dla mnie wciąż takim jest, ale w praktyce sprowadza się to do ruszania i puszczania się na zmianę. Generalnie Amerykanie jeżdżą bardzo grzecznie, czasem wręcz ślamazarnie. Dziwi nas, gdy prujemy ogórkiem całe 80km/h przy limicie do 90, a samochody za nami nas nie wyprzedzają, ani nie siedzą nam sugestywnie na ogonie błyskając światłami. Co prawda, jak na serpentynach widzimy za sobą kolejkę, to zjeżdżamy na chwilę na zatoczkę i wszystkich przepuszczamy, ale nawet na prostej drodze raczej nikt nas nie pogania, ani nie stresuje.

Road trip czar zacząć. Pierwszy przystanek - las.

Road trip czas zacząć. Pierwszy przystanek – las.

Dzień 75

Kontynuujemy objazd dookoła Mount Rainier. Pogoda dalej pod psem. Nasz dzień wygląda następująco: Michał budzi się za wcześnie i wyciąga mnie z cieplutkiego śpiwora (również za wcześnie), podnosimy dach (dzięki czemu można się we wnętrzu wyprostować) składamy łóżko, rozkładamy stolik i już z sypialni robi nam się malutki salonik; na kuchence gazowej można zagotować wodę na herbatę i wypić ją w kubkach z motywem Vanagona (przeuroczy zestaw naszych gospodarzy), można też zrobić tosta z serem lub owsiankę a naczynia umyć w mikroskopijnym zlewie i pochować do jednej z tysiąca małych szafek i skrytek pochowanych we wnętrzu. No i lodówka, gdzie trzymamy nabiał w tym mleko i flany – hiszpańskie budynie na deser. To wszystko, co opisuję z jednej strony banalne, ale dla nas to duży komfort i progres w porównaniu z namiotem. Dlatego, mimo że ciągle pada i w zasadzie nic nie mamy do roboty poza jazdą, czytaniem książek i rozmawianiem z rodzicami na skypie korzystając z barowych wifi, to bardzo cieszą mnie te wszystkie drobne udogodnienia związane z naszym tymczasowym domem na kółkach. To, że mogę pisać dziennik siedząc przy stoliku też cieszy, bo pod namiotem musiałam się garbić i kurczyć, i po dziesięciu minutach bolały mnie plecy niezależnie od pozycji. W ogóle forma dziennika, którą sobie narzuciłam wymaga zarówno motywacji jak i weny, bo cieżko wciąż pisać “wstaliśmy, zjedliśmy, pojechaliśmy i zobaczyliśmy, nawet jeśli czasem tak to się kończy
Dziś nocleg wypadł nam tuż nad oceanem. Po prostu zaparkowaliśmy na jednej z przydrożnych zatoczek sprawdziwszy uprzednio, czy nigdzie nie ma znielubionego przez nas znaku “no overnight parking”.
A’propos książek. W ciągu ostatnich trzech dni przeczytałam “Tajemną historię” Donny Tartt. Jest to ta sama autorka, która napisała “Szczygła” – tytuł od pół roku mnie prześladujący w każdej księgarni, aż postanowiłam sprawdzić, co to właściwie i jakie ma oceny. “Tajemna historia” jest wcześniejszą książką Tartt i oceny ma lepsze, tak więc od niej zaczęłam. Jest to dramat psychologiczny ze sporą domieszką thrillera – do ostatniej strony nie wiedziałam, jak się skończy, trzyma w napięciu. Opowiada historię grupy ekscentrycznych studentów filologii klasycznej i pewnego mordestwa, które mocno odbiło się na ich psychice. Bardzo wyraziste postaci, przekonujące (bardziej niż w “Małym życiu”, jak dla mnie), no i ta greka dodająca całości mroczności. W kontekście tej powieści nasuwa mi się epitet “wiktoriańska”. W każdym razie polecam i cieszę się, że na nią trafiłam, bo mam za sobą ostatnio kilka średnio udanych lektur.

Zastawa na wyposazeniu Vanagona. Male vanagoniki.

Zastawa na wyposazeniu Vanagona. Male vanagoniki.

Dzień 76

Ocean dziś nie dość, że Spokojny to jeszcze ponury i szary. Podobnie niebo. Nawet przez kilka ekscytujących minut rozważaliśmy zupełnie na serio w tył zwrot i jazdę na południe do Kalifornii. Jednak na mapie wszystko wygląda bliżej niż w rzeczywistości, woleliśmy nie ryzykować. Zamiast tego przystanek w Aberdeen – miejscu narodzin Kurta Cobaina, wokalisty Nirvany. Samobójstwo zaś popełnił w Seattle, nawet przejeżdżaliśmy kilka dni wcześniej w okolicy jego domu.
Gdy uzupełnialiśmy zapasy w Walmarcie podszedł do nas wysoki młody, ale trochę dziwny chłopak prosząc o cokolwiek do jedzenia. Nie wyglądał ani na bezdomnego, ani na żebraka, ale był dosyć nachalny. Wygrzebaliśmy puszki z sardynkami z Vanagona, dorzuciliśmy dwa pączki, przyjął je jakbyśmy mu niewiadomo jakie frykasy podarowali. Ale już pół godziny później spotkaliśmy go w McDonaldzie, gdzie zatrzymaliśmy się na wifi. W sumie mam mieszane uczucia; nie żal mi tych sardynek w mustardzie (sic!), bo i tak bym ich nie zjadła, ale proszenie o jedzenie i jednoczesne stołowanie się w Maku nie wydają mi się spójne.
Miejsce na nocleg wybraliśmy wzorem poznanych wcześniej Polaków, czyli wjechaliśmy w leśną ścieżkę, potem kolejną i zaparkowaliśmy na zatoczce gdzieś pośrodku lasu, gdzie nikt nie powinien nas znaleźć. Było bardzo ciemno i trochę strasznie. Ale najstraszniej to zrobiło się, gdy o czwartej nad ranem przejechała tuż obok nas w pełnym pędzie ciężarówka, jeszcze na nas trąbiąc. Na leśnej, wyboistej drodze! Na początku myśleliśmy, że to jakiś spragniony emocji szaleniec jeździ nocą po lesie, ale sytuacja powtarzała się jeszcze kilka razy do 7 rano, aż zaszczuci tymi niespodziewanymi pobudkami i ruchem leśnym złożyliśmy dach i jeszcze przed świtem ewakuowaliśmy nad ocean. Nie wiem, czy była to jedna upierdliwa ciężarówka, czy kilka, ale niezależnie od tego mocno nas ta sytuacja zestresowała.

Ocean Spokojny i mglisty.

Ocean Spokojny i mglisty.

Dzień 77

“All the leaves are brown and the sky is grey
I’ve been for a walk on a winter’s day
I’d be safe and warm if I was in L.A.
California dreaming on such a winter’s day”.
Tak nam zaśpiewało radio, zadziwiająco trafnie.
Jechaliśmy dzisiaj przez zimny las deszczowy. Zimny, bo nie tropikalny, ale roślinność najwyraźniej typowa. Przedzieraliśmy się ogórkiem przez siedlisko entów, tolkienowskich strażników lasu – wielkie, straszne drzewa, porośnięte mchami i paprociami z gałęziami wyglądającymi jak wyciągnięte ręce. Odhaczyliśmy na naszej trasie też tysiącletni świerk, jeden z największych na świecie, a na drodze do innej turystycznej atrakcji zmuszeni byliśmy zawrócić, bo zalało drogę; sezon deszczowy w pełni.
Nie dość, że Tolkien, to jeszcze Meyer – minęliśmy miasteczko Forks, gdzie działa się akcja sagi o wampirach – “Zmierzch”. Nic specjalnego.
Po nauczce z dnia poprzedniego tym razem szukaliśmy miejsca na nocleg, gdzie żadne ciężarówki nie wjadą. Stanęło na punkcie widokowym na szczycie jednej z okolicznych gór (ok 1 tys. m.n.p.m). Punktem widokowym było to tylko z nazwy, bo i spaliśmy i obudziliśmy się w chmurze. Taki urok tej pory roku w Washingtonie.

Enty Washington road trip

Enty obserwowaly nas przez wiekszosc drogi.

Dzień 78

Ostatni dzień naszej deszczowej “road trip”. Przejechaliśmy 1200 km, spalając ok 8 l/100 km, zasługa mojego ekonomicznego pod każdym względem męża. Jeżdżąc hippivanem zdaje się, że dołączyliśmy do elitarnego klubu. Za każdym razem gdy mijał nas inny Vanagon kierowca albo pokazywał nam “peace” albo trąbił albo energicznie machał. Zresztą znak pokoju pokazywali nam też prowadzący “normalne” auta, co było bardzo, bardzo miłe i z radością ich pozdrawialiśmy.
Ponieważ nieuchronnie zbliża się koniec amerykańskiego etapu naszej wyprawy na każdej stacji benzynowej i w sklepach spożywczych pytaliśmy o ćwierćdolarówki, od kilku dni brakowało nam już tylko jednej – Tennessee. Poszczęściło nam się w banku, złapaliśmy je wszystkie!
Ostatni odcinek trasy powrotnej do Seattle wiódł autostradą. To też było przeżycie. Droga międzystanowa nr 5 miała średnio pięć pasów w jedną stronę, czasem siedem, wszyscy nas oczywiście mijali, bo nie wyciągaliśmy więcej niż 80km/h. Pierwszy raz w ciągu wyjazdu wyszło słońce i świeciło nam prosto w oczy, a my z kolejnym hałasem zastanawialiśmy się, co nam z tyłu znowu spadło i czy zaraz nam się Vanagon nie rozleci.
Po powrocie spędziliśmy dzień z Edem i Madeline, a to jedząc lunch w meksykańskiej restauracji, a to dinner w indyjskiej knajpie. Nasi gospodarze wybierają się nad ocean do znajomych i zostawiają nas samych w domu na weekend. Z jeden strony jesteśmy już trochę przyzwyczajeni do pozostawania w cudzych domach pod nieobecność właścicieli (jak to ma często miejsce na couchsurfingu) ale i tak zawsze wzrusza mnie tak duże zaufanie. Czy jakbym miała własny samochód, mieszkanie, czy tak łatwo przyszłoby mi udostępnienie ich obcym choćby najsympatyczniejszym osobom? Teraz czuję się wręcz zobligowana do wzajemności, ale i tak wiem, że byłoby to mentalnie trudne.

Vanagon - wersja przygotowana na nocleg.

Vanagon – wersja przygotowana na nocleg.

Print Friendly, PDF & Email

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail