or There and Back Again with photographs

Roczna podróż przez ciążę, poród i połóg

Najdłuższa i najtrudniejsza jaką dotychczas przyszło mi odbyć. Ale ile wrażeń, wspomnień i nowych doświadczeń w tym ekstremalnych. Nie zmieniamy charakteru bloga na parentingowy, ale od kilku miesięcy odnajdujemy się w nowej rzeczywistości jako rodzice i w tej nowej rzeczywistości przyjdzie nam teraz też wyjeżdżać – ależ szykuje się przygoda! Chciałam się podzielić kilkoma przemyśleniami, które plątają mi się po głowie od pewnego czasu. Wpis będzie osobisty, by nie powiedzieć naturalistyczny – ostrzegam czytelników niezainteresowanych sprawami ciążowo-porodowymi ;)

Ciąża, czyli aniocentryzm

Pod koniec ciąży już nie wiadomo, co odpowiadać na pojawiające się non stop pytania o samopoczucie. To w ogóle taki czas, kiedy codziennie kilka osób pyta “No i jak się czujesz?”, w komunikacji miejskiej ustępują Ci miejsca, a kolejki do badania krwi przestają Cię obowiązywać. Ta zmasowana troska na początku mnie śmieszyła, potem peszyła ale ostatecznie uwierzyłam w jej zasadności i sama ze sobą zaczęłam się obchodzić jak z jajem.  Dlatego faktycznie staż to dobry czas na dziecko, już w “normalnej” pracy zawodowej by to nie przeszło. Był to okres kiedy uruchomiły się we mnie pokłady egocentryzmu; z jednej strony dbałość o wypoczynek, dobre zdrowe jedzenie, ćwiczenia, a z drugiej nigdy tak nie obserwowałam swojego organizmu jak w trakcie tych miesięcy. Kompulsywne ważenie się co dwa dni może wiele nie wnosiło, ale już obserwowanie ruchów dziecka w drugiej połowie… Ominęła mnie większość ciążowych dolegliwości, zrzucam to na karb szczęścia, genetyki (moja mama też nieźle znosiła ciążę) i aktywności fizycznej, zwłaszcza jogi (zwłaszcza z Adrienne). Zdecydowanie nie jestem fanką czakr i krążącej energii, ale rozciąganie, medytacja i ćwiczenie uważności szalenie mi się przydało. W stanie błogosławionym (ciekawe są te nazwy, prawda? albo “być przy nadziei”, piękne…) na bolące od narastającego ciężaru plecy, w trakcie porodu – oddech!, oraz w połogu, kiedy to bardzo potrzebowałam być dla siebie delikatną i wyrozumiałą, a nauczyłam się tego z domowego praktykowania jogi. Kolejna refleksja – treningi w naszym kręgu kulturowym stawiają siłę woli i ciało po dwóch stronach barykady, żeby osiągnąć sukces trzeba się katować, zajeżdżać, walczyć ze swoją słabością, natomiast ćwiczenia inspirowane wschodem podkreślają, jak ważna jest współpraca między tymi sferami.

Poród, czyli powrót do korzeni

To absolutnie niesamowite, że w dobie internetu, smarfonów i Elona Muska wysyłającego rakiety na Marsa, rodzimy podobnie jak setki lat temu (mam na myśli poród naturalny, zabiegowy to osiągnięcie ostatnich stu pięćdziesięciu lat). Jestem w trakcie lektury “Krystyny córki Lavransa”, której akcja dzieje się w XIV-wiecznej Norwegii i bohaterka rodziła tam całkiem podobnie do mnie w XXI-wiecznej Polsce.

Boimy się porodu. Jak już zachodzimy w ciążę, zaczynamy słyszeć te wszystkie straszne historie od wieloródek, a porodówka zaczyna się jawić jako spływająca krwią rzeźnia wypełniona krzykami rodzących. Dlatego jako przeciwwagę ogłaszam, że miałam dobry poród. Ostrowska porodówka i mąż Michał – polecam! Z powodu niskiego ciśnienia nie załapałam się na podtlenek azotu i jedyną dostępną formą znieczulenia były, cytując protokół: “naturalne metody łagodzenia bólu oddechem”.  Cały dzień liczyłam częstotliwość skurczów i nie umiałam powiedzieć, czy to już? Dlatego po południu pojechaliśmy na porodówkę skontrolować sytuację; ginekolog odesłał mnie do domu po rzeczy z hasłem “3 cm, no to rodzimy”. Klimat na samej porodówce był magiczny: mogliśmy puścić własną muzykę, tańczyć (tak mniej więcej do 5 cm rozwarcia), Michał masował mi plecy i dzielnie mi towarzyszył. Jaki był później klimat to pamiętam jak przez mgłę albo w ogóle. Przed porodem wielokrotnie zastanawiałam się, jak bardzo boli poród. No więc – bardzo. Po 7 cm już mnie nie bolało; ja BYŁAM bólem. Na szczęście wrażenia blakną po kilku dniach. Z innych kwestii, które mnie frapowały, to czy będę wiedziała jak i kiedy przeć. To również niezwykłe, że gdy nadchodzi odpowiednia pora organizm sam wie kiedy, co i jak i po prostu nie da się nie przeć. Nie przeć wtedy to byłoby jak powstrzymywać kasłanie, gdy człowiek się czymś zakrztusi. Zaprogramowane ewolucyjnie odruchy. Inna sprawa, że położna pomaga uregulować długość i pozycję do parcia.  I na deser: epizjotomia – zabieg na myśl o którym omdlewałam od pierwszego roku, kiedy to na wykładzie puszczono nam film z porodu. Nie kłamali, faktycznie prawie tego nie czuć a szycie jest co najwyżej niekomfortowe. Pozostaje tylko wyczuwalna pod prysznicem i w trakcie zmiany pogody [sic!] blizna. To też wydaje mi się fascynujące; biorąc pod uwagę statystyki to 90% kobiet rodzących naturalnie może się poszczycić taką blizną. Kojarzy mi się to z plemiennymi rytuałami przechodzenia w dorosłość czy stawania się mężczyzną. Tak też wolę o niej myśleć: nie jako o mało elastycznej tkance, czy czymś szpecącym (zresztą prawie jej nie widać), ale jako o pamiątce rytuału dołączenia do elitarnego klubu matek.

Połóg, czyli czwarty trymestr

Boimy się porodu, a to połogu trzeba bać! Przyznam, że byłam kompletnie nieświadoma nadchodzących po porodzie atrakcji. Co dzień to nowe. Po 6h przyszła położna na “uruchamianie położnicy”, ale jak tu wstać z łóżka, kiedy siadanie jest poza zasięgiem? Jakoś dałam radę, ale stwierdziłam, że wizyta w toalecie i zmiana koszuli nocnej to za następnym podejściem, bo za bardzo w głowie się kręci. Każde wyjście z łóżka staje się wyprawą i wymaga logistyki na miarę firm transportowych. Nie dziwię się, że baby blues przypada na 3-4 dobę po porodzie. Człowiek już się rozruszał, już myśli, że ogarnął życie i to całe macierzyństwo,  aż przychodzi nawał. Ciało po raz kolejny zaskakuje (jak tu się nie złościć na taką niesubordynacje), z lustra łazienkowego patrzy na ciebie Pamela Anderson tuż po operacji piersi, tylko w koszuli nocnej i z workami pod oczami ze zmęczenia. Nagle okazuje się, że wkładki laktacyjne to nie coś, co się okazyjnie zakłada na wyjścia na miasto, ale co na co dzień ratuje przed mleczną powodzią. Do tego “mam pokarm” nie równa się “umiem karmić”… Od ssania małego ssaka po kilku dniach ma się czerwone, bolące, zmacerowane fragmenty – to na szczęście mija mniej więcej po tygodniu. Nie mija za to ból pleców od wygibasów przy ustalaniu pozycji do karmienia (jakoś do tej pory nie znalazłam żadnej na dłuższą metę wygodnej), ale dzięki codziennym ćwiczeniom jakoś funkcjonuję.

Trochę statystyki. Siadać półdupkiem zaczęłam około 2 tygodnia, a już całkiem normalnie po miesiącu. Na krótkie ok 2-km spacery, pod koniec których powłóczy się nogami, zaczęłam chodzić również po 2 tygodniach od porodu, ale chodzenie bez dyskomfortu to tak po półtora miesiąca. Pierwszy miesiąc można określić jako “piżamkowy”, kiedy większość czasu spędzałam w łóżku, a doba miała dwie pory: bynajmniej nie noc i dzień, ale “karmię” i “akurat nie karmię, ale zaraz będę”. Byłam zaskoczona jak dużo czasu spędza się karmiąc – godzinne sesje przy piersi to była norma (i tak co dwie godziny). Z perspektywy czasu widzę, że dopiero ok 3. miesiąca mały nauczył się może efektywniej ssać, bo najada się zwykle już w 10 minut.

W związku z powyższymi atrakcjami zgadzam się całkowicie z pojawiającym się na blogach parentingowych podejściem, że połóg to tak jakby czwarty trymestr, że trzeba o siebie dbać, odpoczywać, dać sobie duża czasu i luzu a odkurzanie mieszkania poczeka. A ja się przed porodem naiwna zastanawiałam, jak to będzie lekko już po móc chodzić bez tego wielkiego balastu z przodu… No więc, nie było lekko ani dosłownie ani w przenośni. Jednocześnie mam świadomość, że bez ogromnego wsparcia i pomocy Michała i moich rodziców byłoby naprawdę ciężko; wiem, że jestem ogromną szczęściarą otoczoną przez same życzliwe mi osoby. Po tym roku, zwłaszcza po ostatnich 4 miesiącach spojrzałam inaczej na własną mamę i na wszystkie mamy świata – z podziwem.

PS Tu bardzo ładny tekst podsumowujący proces “przepoczwarzania się w matkę”

PS2 A tutaj piosenka, która trochę bardziej oddaje energię tej rewolucji.

Zimowe spacery

Print Friendly, PDF & Email

1 Comment

  1. Ania Ania
    12 April 2018    

    Aniu, rewelacyjny wpis! Cieszę się, że z dumą i świadomością wkroczyłaś do elitarnego grona matek, jak o tym piszesz. Życzę Wam wszystkiego najlepszego!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail