or There and Back Again with photographs

Trasa rowerowa wzdłuż Odry i Nysy – Niemiec przygotował Polak korzysta

Powtarzając za Nosowską:

“Kto się kłania Moskwie, kto podnóżkiem Ameryki jest,
Kto ma berło, kto koronę – wielce nie obchodzi mnie.
Nie chcę słuchać tych historii.
Pojedźmy do lasu, do gór”*

No to pojechaliśmy. Krótkie podsumowanie weekendu “majowego”. Krótkie, bo też planowaną trasę zmuszeni byliśmy skrócić o połowę – okazaliśmy się wrażliwsi na warunki pogodowe, niż szumnie zapowiadałam; czujemy w związku z tym spory niedosyt pedałowania. Na temat pogody tej wiosny powiedziano już wszystko, szkoda strzępić palce na klawiaturze. Skoncentrujemy się na naszym niedosycie i mam nadzieję przekujemy go na siłę napędową na następne, podobne wyjazdy.

Polskie zamki na trasie…

PKP

Niczym zima drogowców, długie weekendy jak zwykle zaskakują tabor kolejowy. Na trasie Białystok-Jelenia Góra podstawiono całe 4 wagony. Szczerze mówiąc, tak jak drogowców podejrzewam o opieszałość, tak zarząd PKP po prostu o cynizm i perfidię: “po co dawać więcej wagonów, ludzi ciasnota nie zniechęci, jak im zależy to i tak pojadą, czysty zysk”. Niezmiennie konduktorzy widząc nasze rowery i sakwy napełniają nas pozytywną energią mówiąc, że możemy zapomnieć, że wsiądziemy i co z tego, że mamy bilety, i beztrosko odgwizdują odjazd, jakby nie widzieli, że utknęliśmy z jednym kołem i dwoma sakwami na zewnątrz. Na szczęście byli jeszcze mili ludzie, którzy pomagali dopychać nas do środka, podawali bagaże i złorzeczyli na nieczułość kadry konduktorskiej. Bilans na zero.

…i niemieckie kościoły.

Noclegi

Patrząc na mapę rejonów przy granicy polsko-niemieckiej odkryłam, że niestety nie w każdej miejscowości jest most prowadzący na drugą stronę. Najpierw Nysa, potem Odra zmusiły nas do wstępnego zaplanowania noclegów na trasie. Inaczej niż na wschodzie tutaj trzeba było mieć pomysł, gdzie nocujemy, bo przegapiwszy most prowadzący na polską stronę, kolejny mógł być dopiero za 20 albo 60 km, co robi różnicę, gdy człowiek zmęczony. W zawiązku z poczynionymi planami ostatecznie nie pakowaliśmy namiotu, co pozwoliło nam się zmieścić z bagażami na cały wyjazd w dwóch 30-litrowych sakwach.

Pierwszą noc spędziliśmy u sympatycznego couchsurfera w Jelenie Górze, też lekarza stażysty. Mieszkał na terenie byłej jednostki wojskowej i wjazdu na teren osiedla broniły dwa absurdalnie duże jelenie (nie wspominając o płaskorzeźbach herbu nad wejściem do każdej klatki schodowej). Choćby dla tych jeleni warto było tam zajechać.

Następne noce już na trasie kolejno w: Przewozie, Gubinie, Gubinie raz jeszcze (bo padało) i Kostrzynie nad Odrą. Ceny w pokojach o bardzo podstawowym standardzie wahały się od 40-50 zł/osobę. Tanie hoteliki można było znaleźć już za 60 zł od osoby. Dzwoniłam zwykle dzień wcześniej i zawsze udawało mi się coś gdzieś znaleźć, mimo obłożenia weekendowego.

Tak wygląda większość trasy – asfalt w środku lasu.

Trasa

No bajka. Pierwszy dzień był trudniejszy, bo musieliśmy się dostać z Jeleniej Góry do granicy, a dokładniej do Zgorzelca/Gorlitz. Stamtąd ruszyliśmy na północ już po świetnie oznaczonej trasie. Brak słów, by opisać gładkość tego niemieckiego asfaltu. W lwiej części trasa była przeznaczona tylko dla jednośladów; jedynie, gdy wiodła przez miasteczka, włączaliśmy się do ruchu samochodowego. Mimo czasami zawiłego przebiegu była – jak już wspomniałam – doskonale oznaczona, ani razu jej nie zgubiliśmy. Jechaliśmy tuż przy słupkach oznaczających niemiecką granicę (jest coś agresywnego  tym połączeniu kolorystycznym: czerwony, żółty i czarny…), kilkadziesiąt metrów na prawo mieliśmy rzekę a za rzeką polskie słupki, polskie bociany i drzewa.
To, co się rzucało w oczy, to różnica w zagospodarowaniu miasteczek przygranicznych. Po niemieckiej stronie: wszystko odpicowane, ładne zabytkowe fronty, a po naszej głównie napisy “zigaretten” i McDonald’s. Tak bywa.
Widać, że trasa jest popularna wśród cyklistów, bo mijaliśmy ich sporo: indywidualnych rowerzystów, ale i kilka grup zorganizowanych. Przy czym dużo częściej słyszeliśmy język ojczysty niż szprechanie – wiemy, co dobre.

Trasę polecamy gorąco i mamy nadzieję dojechać jeszcze kiedyś do Świnoujścia, bo Kostrzyn to dopiero połowa drogi!

Majówka w liczbach

W trakcie naszego wyjazdu zdążyliśmy:
– zjeść 40 pierniczków, 20 kabanosów,
– zagrać kilkanaście razy w Tichu i 4 razy (dzięki Marii) wygrać  w Code Names
– przejechać zaledwie 340 km i
– wydać na wszystko w sumie ok 750 zł.

Trochę literatury

Skończyłam w międzyczasie kolejny reportaż  Magdaleny Grzebałkowskiej, tym razem  “Ksiądz Paradoks. Biografia księdza Twardowskiego”. Moja ocena z lubimyczytać.pl to takie mocne 7, czyli doceniam trud i ogrom pracy autorki, jaki włożyła w zebranie materiałów do książki, ale osobiście mnie ona nie porwała. Może dlatego, że nie znam  twórczości tytułowego “księdza piszącego wiersze”. Pozostałe dwie książki tej reporterki “Beksińscy. Porter podwójny” i “1945. Wojna i pokój” to majstersztyki, może to kolejny powód, dlaczego jej debiut wypadł w moich oczach jednak blado. Niemniej ksiądz Twardowski żył prawie cały wiek, więc jego biografia pozwala dowiedzieć się czegoś nowego o czasach międzywojennych, powstania warszawskiego, stalinowskich, późniejszego PRLu, reformacji i to z perspektywy przedstawiciela kleru. Gdybym miała z jej trzech reportaży wybrać ten jedyny do polecenia, to padło by na “1945…”. Czytałam to tuż po “Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” Aleksijewicz i byłam autentycznie dumna, że polska reportażystka pisze lepiej o wojnie niż noblistka.

 

*  czasem sobie myślę, że nie ma takiej sytuacji w życiu, na którą nie znalazłby się cytat z piosenek Hey

Print Friendly, PDF & Email

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail