or There and Back Again with photographs

Tylną furtką do Chengdu – góry Yunnanu i Syczuanu

Dzień 115

Antonio z Kunming zainspirował nas do zrobienia alternatywnej trasy z Dali do Chengdu. Pierwotnie planowaliśmy wrócić pociągiem tak, jak tu przyjechaliśmy – do Kunming i stamtąd bezpośrednio do Chengdu, stolicy prowincji Syczuan. Trasa mało ciekawa, ale w miarę szybka. Włoch natomiast podrzucił nam pomysł jechania przez góry Yunnanu i Syczuanu, blisko granicy z Tybetem. Z tą trasą wiąże się kilka nieprzewidzianych elementów. Po pierwsze nie jeżdżą tu pociągi ale autobusy, czyli nie możemy wcześniej sprawdzić rozkładu, ani czy w ogóle jakieś są – musimy się opierać na różnej świeżości danych znalezionych w internecie. Drugi problem: trasa biegnie wśród wysokich gór, czasem ponad 5 tys.m.n.pm., jest grudzień, może w każdej chwili spaść śnieg i droga stanie się nieprzejezdna. Ale dla nas to praktycznie jedyna możliwość, aby zbliżyć się do Tybetu. Tybetańczycy mieszkają nie tylko w „swoim” kraju, ale i w sąsiednich prowincjach. Do samego Tybetu można się dostać legalnie jedynie ze zorganizowaną grupą i przewodnikiem za kilka tysięcy złotych, więc nawet nie rozważaliśmy tej opcji.

I tak wylądowaliśmy w Shangrila, miasteczku na wysokości 3200 m. Dzień pod znakiem jaka. Mijaliśmy te rogate wysokogórskie krowy pasące się po drodze, na obiad był przepyszny smażony jak z cebulą, a na deser – jogurt z mleka jaka z cukrem. Poza jakami z okien autobusu widzieliśmy też domostwa ozdobione ogromną ilością kolorowych chorągiewek, z daleka wyglądały jakby migotały na wietrze. Na takich kolorowych kawałkach materiału wypisuje się modlitwy i buddyści wierzą, że gdy powiewają one na wietrze, to skutecznej docierają, tam gdzie dotrzeć mają.

Mimo grudnia dzięki ostremu subtropikalnemu słońcu temperatura w dzień wynosiła kilkanaście stopni, ale wystarczyło by słońce zaszło i momentalnie spadła poniżej zera. Śpimy w nieogrzewanym hotelu z takimi szparami w oknach, że widać przez nie niebo. Ale dostaliśmy od pani mały grzejniczek, woda w kranie jest wrząca, do tego Michał odkrył, że chyba śpimy na elektrycznie podgrzewanym łóżku, więc jest szansa, że nie zamarzniemy w nocy.

Shangri-la.

Dzień 116

Elektryczny koc to świetny wynalazek! Taka podgrzewana do temperatury ciała warstwa pod prześcieradłem pozwala przetrwać w pokoju, w którym temperatura wynosi około 10 stopni. Z samego rana mieliśmy autobus do kolejnej miejscowości wysoko w górach – Xiangcheng. Założyliśmy, ze podjedziemy autobusem miejskim. Okazało się, że tak wcześnie rano autobusy jeszcze nie kursują, więc czekał nas rozgrzewający szybki marsz na dworzec. I dobrze, bo w samym autobusie przez pierwsze dwie godziny okna były zupełnie zamarznięte, tak tu chłodno.

Założenia naszej trasy po górach są czysto widokowe. Dojeżdżamy do miejsca noclegu za późno na jakieś konkretne zwiedzanie poza standardowym wieczornym spacerem połączonym z kolacją. Taka objazdówka. Dziś był ciężki etap, bo przejechanie 215 km zajęło ponad 8 h, można wyliczyć średnie tempo. Wynikało ono głównie z fatalnej jakości drogi i szalonych górskich zakrętów. Znów nas wytrzęsło – co jakiś czas wyboje podbijały nas z taką siłą, że traciliśmy kontakt z siedzeniem, by po chwili boleśnie na opaść obijając sobie przy tym tyłek i łokcie o oparcia. Pewnym wytchnieniem był wczesny obiad, na jaki kierowca zatrzymał się przy drewnianym domu pośrodku niczego. W środku pięknie pachniało drewnem, dymem i syczuańskim jedzeniem, które pani serwowała z trzech woków prosto z ognia.

Po drodze zmieniła się architektura. W krajobrazie zaczęły dominować przysadziste kamienne budynki, często pomalowane na biało z bogato zdobionymi oknami. Wyglądają jak małe kolorowe baszty.

Poobijani dotarliśmy do Xiangcheng. Wychodząc z dworca zauważyliśmy grupę mężczyzn grającą w karty. Na nasz widok rozkrzyczeli się jak mewy na widok chlebka „Litang, Litang, Litang!” Na szczęście nie był to nasz kierunek. Próbuję opanować technikę Michała na spokojne ignorowanie taksówkarzy; póki co budzą we mnie albo chęć ucieczki, albo agresję, gdy zaczynają mnie poklepywać po plecaku, ramieniu (czego szczerze nie cierpię), czy zagradzać drogę. Co ciekawe, żaden jeszcze nie próbował poklepywać Michała.

Zadziwiająca konsekwencja architektoniczna. Każdy dom w okolicy wygląda dokładnie tak samo.

Zadziwiająca konsekwencja architektoniczna. Każdy dom w okolicy wygląda dokładnie tak samo.

Dzień 117

Apogeum malowniczości. Długi odcinek, bo aż 11 h jazdy do Kangding. Po drodze krajobraz zdążył się kilka razy zmienić, ale za każdym razem, było co podziwiać z okien autobusu. Najpierw wjechaliśmy na około 5 tys. metrów i wokół zrobiło się księżycowo. Same głazy, kratery, praktycznie żadnej roślinności. Potem przyszły ciemnopomarańczowe, pustynnie wyglądające góry, a na nich rozsiane tu i ówdzie jaki, niczym ziarenka czarnego sezamu na wypieczonym ciastku. Nie przesadzam z homeryckością porównań – naprawdę tak to wyglądało, nawet kolor gór się zgadzał. Pośród tego pustynnego otoczenia – miasteczko Litang, jedna z najwyżej położonych osad w Chinach, na wysokości 4015 m.n.p.m. Mimo, a może właśnie przez totalną pustkę dookoła, zrobiło na mnie klaustrofobiczne wrażenie – pozorny brak możliwości wydostania się z miasta, bo bo dokąd tu iść? Co wydało nam się ciekawe, mijane po drodze wioski wcale a wcale nie wyglądały jak wymierające osady, wręcz przeciwnie, praktycznie wszędzie budowano nowe domy czy hotele. Ciężko powiedzieć, czy mieszkańcy tych okolic nie chcą, czy też nie mogą (albo mają to znacząco utrudnione) ich opuszczać. Na jednym z postojów stał pan z suszonym mięsem jaka. Jeden z naszych współpasażerów nakupił tego smakołyku całe wielkie torby, zapłacił za nie w przeliczeniu kilkaset złotych, tak więc gdy my wzięliśmy tylko jeden pasek mięsa wzbudziło to powszechna wesołość. My tak ostrożnie, na próbę. Mięso okazało się być świetną przekąską, żałowaliśmy że skusiliśmy się na jeden kawałek. Sporo było żucia, ale doskonale przyprawione, smakowało nam o niebo bardziej niż wafelki z dmuchanej kaszy jaglanej, w które wyposażyliśmy się na całą trasę, a które po kilku dniach zdążyły nam się znudzić.

Malownicze górskie miasteczka na trasie.

Malownicze górskie miasteczka na trasie.

Były jeszcze okolice przypominające bieszczadzkie połoniny, a na sam koniec dramatyczne i ośnieżone skaliste szczyty. U podnóża tych ostatnich leży nasz ostatni przystanek – Kangding. Ładnie położone z rzeką przepływającą przez sam środek, kolejne miasteczko do przejścia na nogach. Wieczorem spacerując po mieście trafiliśmy na sklep sprzedający bardzo podobnie wyglądające paski mięsa, które wcześniej sprzedawał pan na pustyni. Nie myśląc dużo kupiliśmy kolejne kawałki aż w oczy rzucił nam się żółtawy blok czegoś co pachniało zupełnie jak ser. Nie jedliśmy żółtego sera od ponad półtora miesiąca, więc poprosiliśmy również o jego kawałek. Jakie było moje zdziwienie, gdy gryząc domniemany ser, okazało się, że kupiliśmy właśnie 30 deko masła. Jak znalazł do herbaty.

Dzień 118

Ponieważ wczoraj ze względu na autobus mieliśmy pobudkę około 5 nad ranem na dzisiaj kupiliśmy już późniejsze bilety, żeby odespać. Minusy spania w hostelu, nigdy nie wiesz, kogo ci przydzielą do pokoju. W naszym przypadku trafiliśmy na Chińczyków, którzy przy akompaniamencie jęków, stęków, budzika i tupania najwyraźniej musieli wstać tak jak my wczoraj – o 5. Kręcili się do tego w kółko jak „solid human waste” w przeręblu, co skutecznie uniemożliwiło powrót do przerwanego snu. Nie wiem, czy to już czyni ze mnie neurotyka, jeśli w trakcie ciszy nocnej w hostelu staram się poruszać możliwie najciszej i mam wyrzuty sumienia, jak mi coś zaszeleści w kieszeni?

Ostatni odcinek objazdówki po górach. Na postoju doświadczyliśmy chińskiej toalety w starym stylu, czyli wspólnej rynny, nad którą się kuca za potrzebą, poprzedzielanej pół metrowymi murkami, ale bez żadnych drzwi. Czytając przewodnik odniosłam wrażenie, że jeszcze kilka lat temu prawie wszystkie chińskie publiczne toalety tak wyglądały. Na szczęście te w miastach już przerobiono na zachodnią modłę (o ile obecność drzwi, jest wyznacznikiem zachodu), ale trend ów nie dotarł jeszcze w góry Syczuanu.

Dotarliśmy do Chengdu, 14-milionowej stolicy Syczuanu, miasta najbardziej znanego z pand. Może dlatego w centrum miasta można zobaczyć gigantyczną pandę wspinającą się niczym Święty Mikołaj na dach centrum handlowego. Mamy tu umówionego couchsurfera, Matta, Amerykanina. Ponieważ kończy pracę późno wieczorem zabunkrowaliśmy się kafejce internetowej blisko jego mieszkania. Byliśmy pod dużym wrażeniem (głównie Michał) wnętrza kafejki, bo to już kolejne takie miejsce, które widzimy: wielkie, pełne dobrych komputerów i ludzi na nich grających, które w środku urządzone jest jak młodzieżowa kawiarnia: można zamówić kawę, popularną tutaj bawarkę, drinki, drobne przekąski. Przyjemne miejsce, gdyby nie dym papierosowy – wszyscy tutaj palą papierosy, łącznie z obsługą. Nie pamiętam, czy już o tym pisałam, ale lwia część Chińczyków pali jak smoki i to wszędzie, podobno nawet w szpitalu.

Jeszcze więcej widoków z drogi.

Jeszcze więcej widoków z drogi.

Dzień 119

Matt okazał się być kolejnym nauczycielem angielskiego. Pracuje na uniwersytecie w Chengdu, co według niego jest wygodną posadą, bo nie dość, ze uniwersytet dobrze płaci, zapewnia mu mieszkanie, to jeszcze ma jakieś 5 miesięcy wolnego w trakcie roku. Zjedliśmy razem śniadanie i lunch, a potem rozdzieliliśmy się, my – na zwiedzanie miasta, a Matt do pracy.

Zwiedzanie zaczęliśmy od dworca kolejowego, w końcu musieliśmy kupić bilety do Xian. Potem spacer po zabytkowej świątyni taoistycznej. Jak na nasz gust wyglądała zupełnie jak buddyjska, tylko zamiast Buddy w środku siedział Konfucjusz, cesarz, ale i jakieś wieloramienne bóstwo. Musimy poczytać o chińskich religiach, bo to już kolejny sakralny budynek, który zwiedzamy i nawet nie wiemy, na co patrzymy. Większość tego typu świątyń otoczona jest parkiem z mnóstwem złotych o tej porze roku miłorzębów, a w parku funkcjonuje herbaciarnia, gdzie za kilka złotych dostaje się filiżankę z herbacianym suszem i cały wielki czajnik wrzątku, taka chińska mega dolewka. Usiedliśmy z filiżanką zielonej herbaty i obserwowaliśmy starszych Chińczyków, dla których park to centrum życia społecznego. Mężczyźni grali w najwyraźniej bardzo emocjonującą odmianę wschodnich warcab – dwóch grało, ale każdy z nich miał co najmniej czterech „pomocników” podpowiadających najlepsze ruchy. Inni ćwiczyli gry na instrumentach i śpiewy. Starsze kobiety tańczyły w grupach, jeszcze inni ćwiczyli tai chi. Od jednego couchsurfera usłyszeliśmy, ze chińscy dziadkowie czasem nie mają czasu zająć się wnukami, a na pytanie, czym są tak zajęci jako emeryci odpowiedział, że tańczeniem, próbami zespołu muzycznego, grą w karty i piciem herbaty w parku.

Świątynia taoistyczna w Chengdu.

Świątynia taoistyczna w Chengdu.

Ze świątyni przetransportowaliśmy się do głównego parku w mieście – Parku Ludowego, gdzie przedpołudniami podobno rodzice rozmawiając z innymi rodzicami szukają mężów/żon dla swoich zapracowanych, nie mających czasu na randki dzieci. Musimy uwierzyć na słowo, bo po południu już nikogo takiego nie spotkaliśmy.

Potem był jeszcze spacer brzegiem rzeki i zabytkową ulicą Jinli – dużo chodzenia. Wieczorem umówiliśmy się z naszym hostem na kolację. Zabrał nas na tradycyjny chiński hot pot, czyli na środku stoika stał głęboki wok z wrzącym bulionem i wybierało się dodatki nabite na patyczki, które potem gotowało się w zupie. Ponieważ Syczuan znany jest z bardzo ostrego jedzenia, a ja mam umiarkowaną tolerancję na ostre, jest opcja przegrodzenia bulionu i gotowania dodatków w dwóch różnych częściach – łagodnej i ostrej. Poza wołowiną, tofu, warzywami i grzybami, Michał zaszalał i na własne życzenie ugotował język kaczki i kaczą stopę/płetwę(?). Podobno zjadliwe, ale raczej do polizania niż faktycznego zjedzenia. Ugotowane dodatki przed zjedzeniem maczało się w sosie z oleju sezamowego, zmiażdżonego czosnku i posiekanych orzeszków ziemnych. Na końcu odbyło się komisyjne liczenie patyczków przez panią z restauracji. Pyszna i ciekawa kolacja, ale aby się najeść we trzy osoby zjedliśmy patyczków za prawie sto złotych.

Turystyka jedzeniowa.

Turystyka jedzeniowa.

Dzień 120

Nasz host, Matt, mieszka w Chinach ponad 3 lata, zdążył w tym czasie nauczyć się przyzwoicie mówić po chińsku. Dzięki temu pomógł nam znaleźć punkt naprawy aparatów i dogadać się, co mają nam naprawić (chodziło o kosmetyczne czyszczenie matrycy, ale weź człowieku teraz to tłumacz, jak nie masz akurat pod ręką Amerykanina władającego chińskim). Gdy byliśmy akurat w sklepie Matt dostał wiadomość od znajomego, że na placu głównym właśnie zaczęły się protesty, prawdopodobnie z powodu wysokiego poziomu zanieczyszczeń powietrza – smog tego dnia był naprawdę gęsty. Moja pierwsza reakcja: „Myślisz, że można tam pojechać i zobaczyć jak wyglądają protesty w Chinach?”; odpowiedź: „Myślę, że w ogóle nie powinno nas tam być, bo zwykle protesty wiążą się z aresztowaniami, a biały na placu może być uznany za prowokatora”. Ostatecznie stanęło na tym, że w drodze powrotnej przejedziemy autobusem przez okolicę protestów i obejrzymy je z bezpiecznej odległości, zza okna. Niestety, gdy tam dotarliśmy zaledwie pół godziny później policja już wszystkich rozgoniła, a cały plac otoczyła taśmą, niczym miejsce zbrodni. Szybcy są. Protesty w Chinach, nawet te dotyczące środowiska, są nielegalne.

Chengdu znane jest przede wszystkim z pand. Można pandy zobaczyć w zoo albo w specjalnej bazie dla pand. Michał jednak jest przeciwny idei zoo, zwłaszcza w Chinach, gdzie nie zważa się często na prawa człowieka, więc dlaczego prawa zwierząt miałyby być respektowane? Stwierdziliśmy, że Chińczycy są za dobrymi biznesmenami, żebyśmy im zaufali w sprawie zoo i wspomagali finansowo tę instytucję. Musi nam wystarczyć wspinająca się na dach centrum handlowego gigantyczna panda, której w ramach podobnych protestów założono (na chwilę, ale zawsze) na pyszczek wielką maseczkę.

W ramach wycieczki krajoznawczej odwiedziliśmy też pobliski chiński szpital. Akurat była sobota, więc w środku prawie nikogo nie było, nie w tych częściach, do których mogliśmy bezkarnie wmaszerować. Na pierwszy rzut oka standardy polskie i chińskie są dosyć podobne, chociaż Matt narzekał, że nie ma tu w ogóle jednołóżkowych sal oraz, że nie przykładają się do ochrony danych osobowych. Jeśli chodzi o to ostatnie, to już przestaliśmy liczyć, ile osób zrobiło naszym paszportom zdjęcia swoim prywatnym telefonem. Osobiście nie wiem, jak mój mąż może spać po nocach z tą świadomością.

Wieczorem wsiedliśmy w całonocny, siedzący pociąg do Xian, dawnej stolicy Chin. Gdy kupowaliśmy bilety na dworzec „Xian Południe”, nie przyszło nam do głowy sprawdzić, gdzie się znajduje. Okazało się, że ok. 40 km, od centrum. Bolesny cios, biorąc pod uwagę, że nasi następni gospodarze mieszkają tuż przy dworcu głównym. Jakoś się przetransportujemy.

Chengdu słynie z pand, również tych wspinających się po centrach handlowych.

Chengdu słynie z pand, również tych wspinających się po centrach handlowych.

Print Friendly

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail