or There and Back Again with photographs

W drodze do Wietnamu. Południowo-wschodnie Chiny pułapką na turystów

Dzień 93

Dzień zaczęliśmy od wizyty u fryzjera. Michałowi zaczęła przeszkadzać grzywka, więc podpytaliśmy Helmuta, gdzie w okolicy jest tani i sprawdzony fryzjer. Ten pokierował nas na sąsiednie osiedle i tak trafiliśmy do malutkiego osiedlowego zakładu fryzjerskiego, gdzie nie dość że bardzo miło i profesjonalnie nas potraktowano, to jeszcze za usługę ścięcia męża, czy tam podcięcia końcówek, zapłaciliśmy 3,5 zł. Naprawdę nie mogę powiedzieć, aby Chińczycy traktowali nas chłodno, czy z rezerwą, bo wszyscy których spotykamy w autobusach, restauracjach czy u fryzjera zawsze starają się nam jakoś pomóc, nigdy nie zbywają nas machnięciem ręki, nawet gdy bariera językowa dotkliwie utrudnia komunikację. A tak nam opisywano wcześniej mieszkańców Państwa Środka – jako nieszczególnie sympatycznych.

Prosta sprawa dogadać się z fryzjerem. Pokazałem, że chcę to samo co ma robione Pani po mojej lewej, tylko żeby zostawił brodę.

Prosta sprawa dogadać się z fryzjerem. Pokazałem, że chcę to samo co ma robione Pani po mojej lewej, tylko żeby zostawił brodę.

Przed dotarciem na dworzec tym razem zaopatrzyliśmy się nie tylko w torbę pysznych o tej porze roku mandarynek, ale i dwie duże zupki chińskie, takie instant tylko z trzy razy większe niż nasze Vifony, bo w plastikowej miseczce (dzięki temu nie trzeba brudzić własnych naczyń). Podpatrzyliśmy ostatnio, że inni podróżujący pociągiem są w nie wyposażeni; to wygodne źródło ciepłego posiłku, bo w przedziałach dostępny jest za darmo wrzątek. Tej 19-godzinnej trasy z Szanghaju do Guilin nie będę wspominać najlepiej. Wąskie siedzenia, duszno, spod okna wyłaziło jakieś paskudne robactwo, które może i krzywdy by mi nie zrobiło, ale wstręt i adrenalina uniemożliwiały mi zaśnięcie (na szczęście Michał dał się namówić na zmianę miejsc i obronił mnie przed insektami). Ale gorsi od robaków i tak są palacze. W chińskich pociągach teoretycznie palenie jest niedozwolone, ale wszyscy nałogowcy wykorzystują do kopcenia łączenia między przedziałami, ale co z tego skoro dym i tak leci na pasażerów i kłuje w oczy i gardło, i generalnie uprzykrza żywot.
Takie długie trasy sprzyjają nie tylko narzekaniu, ale i czytaniu, dlatego udało mi się w międzyczasie pochłonąć dwie bardzo dobre książki. Pierwsza z nich “Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg to literatura raczej kobieca. Zagubiona w życiu pięćdziesięciolatka spotyka przypadkiem w domu spokojnej starości starszą (jak na ten przybytek przystało) niesłychanie gadatliwą kobietę, która referuje jej historię pewnej małej restauracji. Dwa plany czasowe, w których dzieje się powieść – lata 30. i 80. w Ameryce – dają ciekawy przekrój problemów społecznych w Stanach na przestrzeni połowy wieku. Pomimo poważnej, czasem tragicznej tematyki, książka jest zabawna, ciepła, ale i wzruszająca – płakałam i śmiałam się na zmianę, i zazdrościłam starszej pani snującej tę opowieść tak niezachwianego optymizmu. Druga pozycja, która mnie urzekła, to “Tajemnica domu Helclów” Maryli Szymiczkowej. To z kolei całkiem niezły kryminał w stylu Agathy Christie, ale zamiast Herculesa Poirota czy panny Marple, w rolę detektywa wciela się znudzona pani profesorowa Szczupaczyńska. Tajemnica również dotyczy domu dla starców, ale tym razem akcja dzieje się w Krakowie pod koniec XIX wieku, czyli jeszcze pod zaborami. Wątek kryminalny uważam za udany, ale przyznam, że śledziłam go niezbyt dokładnie, bo kompletnie pochłonęło mnie drobnomieszczańskie i arystokratyczne krakowskie bagienko opisane tak przekonująco, że aż szyderczo. Te wszystkie salonowe intrygi, stosunki między krewnymi, w małżeństwie, wobec służby, hipokryzja i dwulicowość. Rewelacja, czytało mi się o tym lekko, ale cieszę się, że podział klasowy sprzed stu lat już nas nie dotyczy. W przeciwnym razie nie wiem, gdzie bym doszła z moim pochodzeniem. Zacznijmy może od tego, że w tamtych czasach nie mogłabym nawet studiować.

Dzień 94

W Guilin parno i ciepło, termometr wskazywał ponad 20 stopni. Jest to miasteczko (zaledwie 5 milionów mieszkańców), które jako pierwsze po powstaniu Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 roku uruchomiło swoją turystyczną działalność. Położone jest niezwykle malowniczo między dwiema rzekami, a wszędzie wokół a nawet i w mieście, znaleźć można ciekawe formacje skalne. Krajobraz jest na tyle interesujący, że okolice Guilin wybrano, by kręcić tu film “Avatar”. W samej miejscowości jest chyba tylko jeden bezpłatny park z najwyższymi miedzianymi buddyjskimi pagodami na świecie. Reszta – płatna. Mieszkańcy Guilin są najwyraźniej bardzo zazdrośni o swoje punkty widokowe i parki, bo cokolwiek się dało, najmniejszą skałkę ogrodzili i każą białym płacić za wejście i to płacić jakieś niebotyczne sumy. Widok z promenady na najbardziej znaną skałę w centrum, Wzgórze Słonia (nazwane tak, bo faktycznie wygląda trochę jak słoń), zasłonili na całej długości sadząc gęsto krzaki, drzewa i pawilony z jedzeniem. A żeby nikt przez ten żywopłot nie próbował się przedostać, tylko grzecznie płacił kilkadziesiąt złotych za widok na skałę z dziurą w środku, dołożono jeszcze drut kolczasty. Pod napięciem. Przed innym wzgórzem, na które chcieliśmy się wdrapać, też postawiono budkę “Ticket office” i za wstęp każą płacić znów tylko białym turystom i to 45zł/os, na punkt widokowy! Chyba zwariowali, to więcej niż za Zakazane miasto w Pekinie za dwie osoby z audioprzewodnikiem. Tak więc poszliśmy kawałek dalej i skręciliśmy w leśną ścieżkę, która jak się okazało również prowadziła na szczyt upatrzonego przez nas pagórka. Taka nasza forma oporu wobec rasizmu turystycznego. I tak ze wszystkim. Guilin to jedna wielka pułapka na turystów.
Dwie noce spędzamy w hotelu tuż przy rzece, koszt to 45zł za przyzwoity pokój dwuosobowy z łazienką (czyli tyle co punkt widokowy). Odkryliśmy tuż obok centrum handlowe, gdzie na parterze stoi mnóstwo bud z tanim i dobrym jedzeniem. Najbardziej przypadło nam do gustu danie, które samemu sobie można skomponować. Na bambusowy talerz wyłożony dużym liściem kucharz nakłada porcję ryżu a potem pokazuje się palcami kilka rodzajów dodatków warzywnych/mięsnych, które dorzuca na górę (kukurydza, grzyby, jajko, bakłażan, tofu, marchewka, wieprzowina, kurczak). Całość jest doprawiana i ląduje na parowarze, a po pięciu minutach dostaje się parujący, aromatyczny i zdrowy talerz. Porcja obiadowa za 6zł, do tego bezpłatna dokładka ryżu i nielimitowany dostęp do delikatnej zupy rybnej z wodorostami. Pyszności. Wbrew obiegowej opinii kuchnia chińska, której doświadczaliśmy przez ostatnie dwa tygodnie nie zawierała zbyt dużo warzyw, głównie kapustę pekińską i bliżej nieokreśloną zieleninę, dlatego tak nas cieszyło ich hojne wykorzystanie.

Darmowe widoki w Guilin.

Darmowe widoki w Guilin.

Dzień 95

Transport z Guilin do Nanning, stolicy prowincji Guangxi. Nazwy chińskich prowincji kompletnie nic mi nie mówią, może z wyjątkiem Yunannu i Syczuanu, nawet ciężko je spamiętać. W każdym razie jechaliśmy dzisiaj średnio szybkim pociągiem (dotychczas jeździliśmy tymi najwolniejszymi), który w środku wyglądał jak pokład samolotu tylko z większą ilością miejsca na nogi. Średnio szybki, tzn poruszał się z prędkością ponad 200km/h, te najszybsze jadą ponad 300, dla nas i tak atrakcja. Sunął prawie bezszelestnie po torach, a za oknami przesuwał nam się co raz bardziej tropikalny krajobraz. Pola ryżowe, trzcina cukrowa, bananowce, palmy, drzewa mandarynkowe – to nieliczne uprawy, które udało nam się rozpoznać.
W Nanning po wyjściu z pociągu uderzyła nas fala ciepła, 30 stopni C! Nie planowaliśmy takich upałów na naszej trasie, ale miło będzie się trochę wygrzać. Pierwsze co, to udaliśmy się do kas kupić bilety do Hanoi, stolicy Wietnamu. Myśleliśmy o jechaniu jeszcze w ten sam dzień, ale niestety wszystkie były już wyprzedane. Problem polegał na tym, że międzynarodowych biletów nie można było kupić wcześniej, na którymś z dworców, jedynie w miejscu odjazdu pociągu. Dobra i zła wiadomość: bilety są na następny dzień, ale jedynie na najdroższą klasę, tzw. soft sleeper. Ponieważ przewodnik nie był w stanie nam polecić cokolwiek do roboty w Nanning, a pociąg miał być całonocny, to wizja spania w prawie-że-prywatnej sypialni za 140 zł od osoby, choćby jako nowego doświadczenia, nagle wydała nam się bardzo znośna. Nocujemy w profilaktycznie zarezerwowanym dzień wcześniej hotelu. Trzecią noc z rzędu mamy wrażenie, że jesteśmy jedynymi hotelowymi gośćmi.
Gdy późnym popołudniem wyszliśmy na spacer po okolicy połączony z polowaniem na kolację pochłonęło nas morze skuterów. Przelewały się z jednej strony ulicy na drugą, jezdnią, chodnikami. Przy okazji na wszystko i wszystkich trąbiąc, ale w sposób delikatny, informacyjny, a nie “jak jeździsz, ty…”.
Tanie hotele w Chinach są naprawdę tanie i całkiem wygodne, ale brakuje mi kontaktu z miejscowymi, jaki zapewnia couchsurfing. Po Stanach, gdzie non stop z kimś jechaliśmy, rozmawialiśmy, pomieszkiwaliśmy, tutaj po kilku dniach w hotelu czuję się wręcz odizolowana. Nie wyobrażam sobie spędzać tak większości naszej wyprawy.

Malownicza trasa Guilin - Nanning.

Malownicza trasa Guilin – Nanning.

Dzień 96

Z Nanning zapamiętam prawdopodobnie z dwa obrazy. Pierwszy to nasze łażenie po ładnym i spokojnym parku w centrum (Park Mieszkańców Nanning – to oficjalna nazwa) z kubkiem zimnego mleka sojowego w dłoni. Park bardzo mile kojarzył nam się z Malagą, nawet podobne gatunki drzew tam rosły. Spędziliśmy w ich cieniu co najmniej 3 godziny, trochę wspominając nasze andaluzyjskie roczne wakacje, trochę planując przyszłość, trochę rozmyślając nad naturą upływającego czasu. Ten wyjazd ciągle nam uświadamia, że – jakkolwiek patetycznie to zabrzmi – jesteśmy panami swojego czasu, że jak coś sobie ubzduramy, to z reguły do tego dochodzi. Nie jesteśmy jak te bezwolne listki na wietrze, nawet jak nie wszystko jesteśmy w stanie zaplanować, czy tym bardziej przewidzieć, to przecież damy sobie radę. Co jakiś czas padają pytania w stylu “o Boże, a co, jak się nie dostaniemy na rezydenturę? I to trzy razy z rzędu?” Ale z perspektywy parku w Chinach problem rezydentur wydaje nam się po pierwsze odległy, a po drugie, ważny, ale raczej nie będzie to koniec świata. Już my coś na pewno wymyślimy.

Może biednie w tym Nanning, ale za to egzotycznie. Między budynkami widać rosnącą papaję.

Może biednie w tym Nanning, ale za to egzotycznie. Między budynkami widać rosnącą papaję.

Drugi obraz to przydrożna piekarnia, którą w ciągu tych dwóch dni odwiedziliśmy chyba z trzy razy, bo ciężko było przejść obojętnie obok intensywnych zapachów świeżo pieczonych ciasteczek. Piekarnia wyglądała jak biznes rodzinny: mama ładowała to kartoników jeszcze ciepłe ciasteczka ryżowe z czarnym sezamem i babeczki ze słonecznikiem, tata formował ciasteczka a syn wkładał i wyciągał blachy z czterech piekarników. I tak przez dziesięć godzin. Mimo że wybór był niewielki (tylko cztery rodzaje wypieków), ale kolejki zawsze były długie, więc i przerób duży, a ciastka świeżutkie i pachnące. Zaopatrzyliśmy się w kartonik do pociągu, do Hanoi, a gdy poczęstowaliśmy nimi Chinkę, która jechała z nami w przedziale, ta pytała, skąd mamy te ciastka, bo są pyszne i nie jadła takich od czasów dzieciństwa.
I tu kolejna refleksja. Przekonana byłam, że taki wyrób jak pyzy, to produkt czysto wielkopolski, że ciasto drożdżowe to w ogóle polska specjalność. W końcu klucha parowana z masełkiem i cukrem to smak mojego dzieciństwa na wsi (nie wiem, jakim cudem sama nie byłam pyza na tej babcinej diecie). I wciąż nie mogę uwierzyć, że jacyś Chińczycy po drugiej stronie globu parują na parze moje wielkopolskie pyzy, z tą różnicą, że nie na kuchennej ścierce w kratkę, tylko w bambusowym parowarze. Pierwszy tego typu szok przeżyłam, gdy na Erasmusie w Maladze na międzynarodową kolację usmażyliśmy z Michałem dwa wielkie talerze chruścików, a koleżanka z Korei pokazała nam wtedy zdjęcia koreańskich słodyczy, wyglądających kubek w kubek jak nasze faworki. Mamy więcej wspólnego z Azjatami niż nam się wydaje.
Droga do Wietnamu minęła nam nie wiadomo kiedy. Jednak wagon sypialniany to (nieznany nam wcześniej) komfort. Nawet kapciuszki dostaliśmy. Jedyną niedogodnością były dwa przystanki w środku nocy: jeden na chińską granicę, a po godzinie kolejny na wietnamską. Kontrola graniczna przebiegła zupełnie bez problemów. Podkoloryzowałam wcześniej pisząc, że to prywatna sypialnia – w rzeczywistości były to zamknięte przedziały, po cztery łóżka w każdym, z dwiema poduszkami, kołdrą i pachnącą białą pościelą. W przedziale jechaliśmy z Chinką z Syczuanu, która przedstawiła się jako Dingo. Na angielskie imię wybrała sobie rasę australijskich psów, bo primo – bardzo lubi psy, secundo – chciałaby kiedyś pojechać do Australii. Dingo opowiadała nam, jakim problemem są dla niej dowody osobiste, które w Chinach różnią się w zależności od tego, z jakiej części kraju się pochodzi. Na początku ery komunizmu miało to umożliwić kontrolowanie przemieszczania się ludności, a właściwie ograniczyć ją do minimum. Ale w tej chwili Chińczycy – zwłaszcza z zachodu – postrzegają to jako bezcelowe utrudnianie im życia. Na przykład Dingo ze swoim syczuańskim dowodem tożsamości nie ma praktycznie szans na dostanie się na najlepsze chińskie uniwersytety, tylko ze względu na pochodzenie. Również proces ubiegania się o wizy do Europy czy do Stanów są dla niej dużo bardziej skomplikowane. Aby dostać upragniony pekiński lub szanghajski dowód trzeba w stolicy żyć i pracować kilka lat oraz przede wszystkim kupić nieruchomość, a biorąc pod uwagę ceny mieszkań w Pekinie, jest to poza zasięgiem lwiej części populacji.

Nanning, lokalny biznes kwitnie.

Nanning, lokalny biznes kwitnie.

Print Friendly

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail