or There and Back Again with photographs

Woda góry las, czyli sezon urlopowy 2017

Woda

Trochę wspominek z minionych wakacji, jako że “za oknem plucha, a kubek parzy w dłonie…” a ja walczę z poLEKowym kryzysem*. Pierwszy raz mierzyliśmy się z sytuacją, gdy wolne w okresie letnim nie nazywa się już “wakacjami”, ale “urlopem” i trwa odpowiednio krócej. W związku z lipcową imprezą rodzinną w Wałczu  postanowiliśmy wykorzystać bliskość Bałtyku i na kilka dni dołączyć do tłumów wypoczywających nad morzem. W dzieciństwie prawie każde wakacje spędzałam z rodzicami nad morzem najpierw pod namiotem, a potem w małej przyczepce kempingowej, dlatego takie plażowanie bardzo dobrze mi się kojarzy. Ponieważ już ponad pięć miesięcy nie spaliśmy pod namiotem zdecydowaliśmy się na noclegi na polach kempingowych. Drugim ważnym powodem było praktycznie 100% obłożenie pensjonatów czy innych noclegowni, a jako że jechaliśmy bez żadnych rezerwacji, to nie chcieliśmy się stresować brakiem wolnych pokoi. I tu moje pierwsze zaskoczenie: w ciągu 10 lat (bo prawie tyle nie było mnie nad polskim morzem) z miejscowości nadmorskich zniknęło sporo pól kempingowych, zostały pojedyncze wręcz kultowe obiekty (jak Bursztynek w Grzybowie), a te które się ostały okazały się niewiarygodnie zatłoczone. Zdecydowaliśmy się na kemping w Dźwiżynie, za ok 50zł/noc za wszystko (2 os + samochód + namiot). Na pytanie pani z recepcji, jak duży mamy namiot, z wyrzutami sumienia, że ją oszukuje odpowiedziałam, że mały – w moim odczuciu namiot 3-4 osobowy, w którym można się prawie wyprostować już należy do kategorii “dużych namiotów”. Jednak, gdy tylko rozłożyliśmy się na naszym miejscu wyzbyłam się wszelkiego poczucia winy – faktycznie był mały w porównaniu do większości namiotów, niektórych wielkości małego domku letniskowego.

Na kempingu był też czas na relaks z Adriene.

Żeby nie wpaść w spiralę stresu, czy aby na pewno świetnie spędzimy dni wolne od pracy, zainspirowana tym artykułem stworzyłam krótkie, konkretne listy oczekiwań urlopowych. Od pobytu nad morzem oczekiwałam:

  1. Spacerów po plaży
  2. Przynajmniej jednego dnia spędzonego na plażowaniu, takim rasowym z  parawanami i książką
  3. Dużo gofrów z cukrem pudrem

I tak też spędziliśmy ten czas, codziennie na gofrach i na spacerach, jednego dnia robiąc nawet 25 km brzegiem plaży (do Kołobrzegu i z powrotem). Tak jak mi się marzyło, udało mi się namówić Michała na plażowanie i to na całe 5h! Wynudziliśmy się okropnie ;) zwłaszcza mój mąż, który cały ten czas kulił się pod parasolem, żeby przypadkiem nie wystawić jakieś części ciała na promienie słoneczne. Przeżyliśmy szok na widok masy ludzkiej, która płynęła chodnikami i skwierczała na słońcu – albo kiedyś nad morze jeździło mniej ludzi, albo jako dziecko nie dostrzegałam takich szczegółów. W każdym razie próba zaliczenia molo w Międzyzdrojach skończyła się po 5 minutach – uciekliśmy stamtąd, myśleliśmy, że albo się udusimy, albo że nas zadepczą. Mimo wszystko wyjazd udany i zwieńczony konkluzją, że polskie morze latem to jednak nie nasza bajka.

Gofr zamienił się w uśmiech.

Las

Po jesiennej edycji tegorocznego Lekarskiego Egzaminu Końcowego, zamiast wracać od razu do Ostrowa postanowiliśmy odetchnąć zachodniopomorskim powietrzem i skoczyć na kilka dni do Wałcza. Tu miałam w zasadzie tylko dwa pomysły na wypoczynek: niespieszne spacery po lesie i czytanie książek. Wszystko dlatego, że w trakcie gorączki przygotowań do egzaminu wyliczaliśmy sobie każdą minutę spędzoną na czymś innym niż nauka i co prawda z rozsądku chodziliśmy na krótkie spacery, ale były to głównie 26-minutowe pętle po asfalcie po najbliższej okolicy (gdzie gmina nie wpadła jeszcze na pomysł położenia chodników przy wąziutkich drogach). Dlatego też w pewną pochmurną niedzielę wybraliśmy się późnym rankiem na grzybobranie. Wieki nie byłam na grzybach w lesie! Było przepięknie i bardzo “mindfullness”. Z niecierpliwością czekam aż ktoś wyda książkę “Tajemnicze życie grzybów”. Wysokie skrzypiące sosny, pod butami gruby mech, cisza, wilgoć i to skupienie, gdy szuka się podgrzybków wśród mnóstwa niejadalnych olszówek. Dawno nie robiłam nic równie relaksującego, a jaka frajda znaleźć pierwszego i drugiego i kolejnego grzyba. Znamy i zbieramy tylko kilka ich rodzajów: głównie podgrzybki (u mnie w domu mówi się też na nie “czarne łebki”), maślaki, jak się trafi to borowiki, czasem kozaki. Z malutkich słodziutkich podgrzybków zrobiliśmy malutkie i słodziutkie grzybki w occie, reszta nawleczona na nici suszy się na kaloryferach – będą do kapusty lub pierogów na Święta.

Góry

W zeszły weekend natomiast zatęskniliśmy za górami. Postawiliśmy na Góry Sowie, w których nigdy nie byliśmy, a które wydały nam się odpowiednio łagodnymi lesistymi pagórkami, bo też takich pagórków szukaliśmy. Gdy dzwoniłam po noclegowniach na kilka dni przed przyjazdem zaskoczyło mnie jak bardzo są obłożone w ostatni weekend września.  Udało nam się zarezerwować pokój 4-os w schronisku Orzeł (25zł/os). Udało nam się też podjechać pod to schronisko pożyczoną od rodziców Yariską (silnik 1.0 VS nachylenie chyba z 20 st) – na ich stronie w zakładce dojazd powinna się znaleźć informacja, że dojazd jest możliwy ale raczej dla samochodów terenowych. W góry wybraliśmy się z moim bratem, jego żoną i nieodłącznymi planszówkami. Oczekiwania wobec tego wyjazdu postawiłam następujące:

  1. Spacery po pagórkach
  2. Zwiedzanie zamku Książ
  3. Przejście kolejnego scenariuszu w grze planszowej Pandemic Legacy
  4. Szarlotka

Wszystkie punkty programu zaliczone, chociaż z 3. trochę się namęczyliśmy. Trafiliśmy na przecudną słoneczną pogodę, na szlakach było rześko i niezbyt tłocznie, a z Wielkiej Sowy próbowało nas zwiać. Zamek Książ – imponujący, historia zamku intrygująca, chociaż trafiła nam się umiarkowanie energiczna przewodniczka (przydałby się jakiś były harcerz z zamiłowaniem do poszukiwania skarbów). No i gra Pandemic. Dostaliśmy ją w ramach prezentu ślubnego od mojego brata i bratowej z delikatną sugestią, że najlepiej gra się w cztery osoby i fajnie by było jakby oni stanowili pozostałą część drużyny. Podobnie jak moja ulubiona planszówka Robinson Cruzoe: Przygoda na przeklętej wyspie, jest to gra kooperacyjna, czyli zamiast grać przeciwko sobie gracze starają się wygrać z grą i powstrzymać pandemię strasznych zmutowanych chorób wirusowych . Gry Legacy są jednorazowe. W Pandemiku jest 12 scenariuszy do przejścia (na każdy scenariusz ma się najwyżej dwa podejścia) i koniec. Zasady gry ewoluują, postaci w miarę rozgrywki przybywa a istniejące się rozwija, część kart się drze na strzępy (to chyba najbardziej bolesna część). Przyznam, że ta unikatowość naszej gry dodaje sporo smaczku do i tak super klimatycznej rozgrywki.

Góry Sowie.

Książki

Poza grami planszowymi (Robinsonem i Pandemikiem) tradycyjnie podzielę się też  literaturą, która ostatnio zrobiła na mnie duże wrażenie. “Niezwyciężony” Lema to jedna z najlepszych pozycji sci-fi, jakie kiedykolwiek przeczytałam. Gwoli ścisłości – przesłuchałam, bo wybrałam audiobook. Nie żałowałam tej decyzji, bo nie przypuszczałabym, że “plumkanie” może wprowadzać taką grozę. Jak to w gatunku science fiction fabuła rozgrywa się na odległej planecie i opowiada historię kontaktu i z obcym. Ekipa statku Niezwyciężony próbuje ustalić w jakich okolicznościach doszło do zagłady wcześnie wysłanej na tę samą planetę ekspedycji. Jak to u Lema nie chodzi o strzelanie z miotaczy plazmy czy machanie świetlnym mieczem, ale o definicję jestestwa, inteligencji, o cel i sens ekspansji. Bliźniaczo podobną tematykę porusza wydana pół wieku po “Niezwyciężonym” książka “Ślepowidzenie” kanadyjskiego autora Petera Wattsa. Przywołuję ją ponieważ zadziwia mnie wizjonerstwo naszego rodzimego pisarza: opisy zaawansowanych technologii na Niezwyciężonym niczym nie odbiegają od opisów Kanadyjczyka, a przecież w czasach kiedy tworzył Lem dopiero konstruowano pierwsze komputery. Literatura fantastyczna z szeroko rozumianego zachodu jakkolwiek wciągająca zwykle wydaje mi się… płytka, zwłaszcza gdy porównujemy ją do książek Lema. Jest kilka wytłumaczeń tego faktu. Możliwe, że na polski tłumaczy się tylko najpopularniejsze pozycje, a wiemy jak to jest z literaturą dla mas. Inna możliwość – z powodu różnic kulturowych nie wychwytuję podtekstów, które tak cenię u rodzimych pisarzy. I ostatnie moje podejrzenie – co słowiańska melancholijna dusza, to słowiańska dusza ;)

Kolejna pozycja będzie tym razem o duszy teksańskiej, czyli o książce “Syn” Philipa Meyera. Saga rodzinna obejmująca ponad 150 lat historii Teksasu. Temat dla mnie nowy, bo wyjątkowo nie opisywano wojny secesyjnej, ale wojnę z Meksykiem, walkę z Indianami (głównie z Komanczami), w późniejszych latach boom naftowy i czasy obecne. Naturalistyczne, nierzadko brutalne opisy życia Indian, społeczeństwa pierwszych amerykańskich osadników, próba przybliżenia nam mentalności obecnych mieszkańców Teksasu i do tego w miarę wciągająca fabuła (kilka rozdziałów było zdecydowanie przegadanych, ale już mówi się trudno) to wszystko czyni z “Syna” książkę wartą polecenia.

*PoLEKowy kryzys – sytuacja, która następuje po egzaminie/egzaminach, gdy po kilku miesiącach podporządkowania życia nauce, nagle nie trzeba się już uczyć; objawia się chodzeniem z kąta w kąt, huśtawkami nastrojów i szukaniem na nowo sensu życia.

Print Friendly, PDF & Email

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail