or There and Back Again with photographs

Z powrotem w Chinach – Kunming i Dali w Yunnanie

Dzień 109

Cały dzień i noc w drodze. Najpierw 6h autobusem z Ha Giang do Lao Cai, miasta tuż przy chińskiej granicy. Codziennie kursują 3 takie autobusy, ale akurat w ten dzień kursował tylko jeden i to o zupełnie innej godzinie. Na szczęście recepcja hostelu była dobrze zorientowana. Zastanawiało nas, czemu bus jedzie tak długo, skoro na mapie te dwie miejscowości nie są szczególnie daleko. Trasa okazała się być w fatalny stanie, żadnej asfaltowej nawierzchni, same dziury – wytrzęsło nas niemiłosiernie, część pasażerów wymiotowała do foliowych woreczków, których stos profilaktycznie można znaleźć w każdym autobusie. W ogóle Wietnamczycy wydają się mieć słabe żołądki, bo za każdym razem, gdy korzystamy z tego środka transportu, ktoś zwraca śniadanie lub inny posiłek do takiego woreczka. Jedziemy przez górskie wioski, podobne do tych, które zwiedzaliśmy na motorku przedwczoraj. Widzimy mnóstwo dzieci, ale ani razu nie rzucił nam się w oczy wózek dziecięcy. Dzieciaki są tutaj noszone na plecach, najczęściej w chustach, ale jak akurat chusty brak to rodzic/babcia splata dłonie za plecami i w takim improwizowanym koszyczku siada maluch, czasem nawet kilkuletni. Razem z nami autobusem jedzie para Francuzów w średnim wieku. Zagadują do nas, gdzie byliśmy w Wietnamie, skąd jesteśmy; taka grzecznościowa rozmowa. Gdy dowiedzieli się, że z Polski, on na to, że jego babcia była naszą rodaczką, umie po polsku dosłownie kilka słów i jedno, jedynie zdanie. Mówił, że utkwiło mu w pamięci, bo zawsze je słyszał, gdy jako dzieciak dawał się babci we znaki: “Przestań, bo dostaniesz po dupie, tak czy nie”. Ta fraza, wypowiedziana bezbłędną polszczyzną przez nieznanego Francuza, gdzieś na parkingu w Ha Giang sprawiła, że nie mogłam się przez dłuższą chwilę przestać śmiać.

Kolejny etap dzisiejszej trasy – na pieszo przez granicę. Tu trochę nerwów, bo zrobiło się już ciemno, kierowca autobusu nas zignorował, gdy chcieliśmy, aby zatrzymał się w Lao Cai blisko granicy z Chinami (mimo iż takie przystanki na żądanie to coś zupełnie normalnego), więc musieliśmy więcej podejść. Granica nie jest czynna całą dobę, a jedynie w dzień – nie byliśmy pewni czy zdążymy opuścić dzisiaj Wietnam. Do tego krążą legendy, że kontrola graniczna konfiskuje wszelkie książki-przewodniki z mapami, na których Tajwan przedstawiony jest jako osobne państwo (szybko sprawdziliśmy naszą papierową mapę Chin – Tajwan jest na niej częścią Państwa Środka, uff, mamy politycznie poprawną wersję; a Kindla z przewodnikiem, nam chyba nie zabiorą?). Przekraczanie granicy minęło w całkiem sympatycznej atmosferze i sprawnie, wszyscy strażnicy chcieli obejrzeć nasze paszporty, może nieczęsto zdarzają im się Polacy, albo chłopaki się nudzili po prostu. Potem transport na dworzec w Hekou, przygranicznym miasteczku już po chińskiej stronie. Dworzec okazał się zamknięty. Okazało się, że jest otwierany na kilka godzin dziennie i najbliższe otwarcie za 2,5h. No to siedzimy i czekamy. 22 wieczorem – otworzyli, to szybko, szybko do kolejki kupić bilet do Kunming, stolicy Yunnanu. Swoje odczekaliśmy, odstaliśmy, bilet mamy i wymęczeni wsiadamy do pociągu o 23:20. Za siedem godzin powinniśmy być już w Kunming. Tymczasem czeka nas noc na wąskich siedzeniach w kolejnym chińskim pociągu.

Świątynia buddyjska w Kunming.

Świątynia buddyjska w Kunming.

Dzień 110

Jeden z trudniejszych dni w podróży. Po ciężkiej nocy w pociągu dotarliśmy do Kunming o 6:40. Mieliśmy umówionego couchsurfera – Włocha o imieniu Antonio, który uprzedził nas, ze o 8:30 wychodzi do pracy, więc musimy się u niego pojawić przed tą godziną. Skupieni maksymalnie, żeby zdążyć szybko znaleźliśmy odpowiednią linię metra, przystanek, podjechaliśmy i idziemy we wskazaną okolicę. Dostaliśmy od Włocha adres, który pokazywaliśmy przechodniom i portierom, aby nam wskazali konkretny budynek. No i tu zaczęły się schody, bo każdy kierował nas gdzie indziej i ponad godzinę łaziliśmy w kółko. Dobra, to znajdziemy wi-fi i napiszemy Antonio, że jesteśmy gdzieś pod jego blokiem, ale nie możemy go znaleźć. Ani KFC, ani Starbucks nam nie pomogły; wi-fi było, ale do logowania potrzebny był numer telefonu, chiński oczywiście. W końcu jakimś cudem spytaliśmy odpowiednią osobę i znaleźliśmy budynek, piętro, mieszkanie, była 8:17 a my cali w skowronkach, że nam się udało. Niestety, Antonio nie było już w domu. Siedzimy załamani pod jego drzwiami bez możliwości kontaktu z nim; dzwonimy, ale brak sygnału, włączamy „dane mobilne” po kilku sekundach wyskakuje informacja, że koniec środków na koncie. Zdecydowałam, że będę pukać do losowych mieszkań z prośbą o użyczenie wi-fi choćby na chwilę, sama, żeby nie straszyć michałową brodą nagabywanych Chińczyków. Wystukaliśmy na translatorze odpowiednią frazę i chodziłam od drzwi do drzwi, pukając. Raz otworzyła młoda kobieta, ale szybko zamknęła drzwi powtarzając „sori, sori, sori…”. Kolejnym razem w drzwiach stanęła starsza pani z dzieckiem na rękach, coś do mnie powiedziała i też zamknęła drzwi. Stoję jak ta sierota pod drzwiami, nie wiem, co zrobić, aż otwierają się znów, tym razem wita mnie zaspany pan w piżamie i łamanym angielskim dyktuje hasło do sieci. Udało się! Napisaliśmy Antonio, że już u niego jesteśmy, kiedy wróci, odpowiedział, że wyszedł dzisiaj trochę wcześniej i wróci o 19. No pięknie, po 20h transportowania się, to czego potrzebujemy to łażenie z plecakami kolejne 10h – takie gorsze strony couchsurfingu. W międzyczasie pan w piżamie zaprosił nas na śniadanie, pytał skąd jesteśmy i bardzo żywo zareagował na wieść, że z Polski. Okazało się, że jest fanem piłki nożnej i Lewandowskiego. Mój Boże, nie miałam świadomości, że facet jest taki sławny poza granicami kraju.

Co nam zostało, zabunkrowaliśmy się w lobby budynku. Po kilku godzinach zmarzliśmy, więc przenieśliśmy się do kawiarni w centrum handlowym, potem coś zjeść, kupić mleko i jakoś minął cały dzień. Absolutnie nie mieliśmy ochoty na zwiedzanie Kunming, bo pogoda była fatalna, a my w kiepskim nastroju, z plecakami i wymiętoleni po podróży. Jedyne odkrycia Yunnanu dotyczyły jedzenia. Wyszukaliśmy, że typowym daniem dla tego rejonu są „przechodzące przez most nudle”. Z pomocą translatora udało nam się je zamówić, ale gdy dostaliśmy półmisek z surowymi warzywami, mięsem i jajkami plus miseczka z zaledwie ciepłym makaronem, wystraszyłam się , że zamiast rozgrzewającej zupy zamówiliśmy jakieś chińskie sushi. Na szczęście chwilę później pani kelnerka postawiła przed każdym z nas kamionkową michę (bo to duża miska była) z wrzącym bulgocącym bulionem i pokazała, że musimy te wszystkie surowe produkty wrzucić szybko do rosołu. Ciekawe i smaczne danie, a według legendy nazwa wzięła się stąd, że dawno temu pewna żona codziennie nosiła nudle swojemu mężowi, przez most, hen hen daleko i zanim doszła zupa była już zimna, więc zaczęła nosić składniki osobno i przyrządzać ją dopiero na miejscu. Dlaczego nie mogła zupy po prostu na miejscu podgrzać? nie wiem, ale legendy nie muszą być logiczne.

Guòqiáo mĭxiàn. Przechodzące przez most nudle.

Guòqiáo mĭxiàn. Przechodzące przez most nudle.

Włoch oczywiście spóźnił się 1,5h. Gdy tak siedzieliśmy i znów marzliśmy w lobby podeszło do nas troje młodych Chińczyków i mówią „you, my home, go!”, co przy przyjaznych gestach można było zinterpretować jako zaproszenie na kolację (w przeciwnym razie brzmiało by to raczej jako „idźcie sobie z mojego domu!”), ale podziękowaliśmy.

Antonio w końcu się pojawił. Okazał się być wysokim sympatycznym facetem (trochę niesłownym, ale trudno) pół tygodnia zajmującym się wystrojem wnętrz, a drugie pół uczącym angielskiego. Nauka angielskiego to w Chinach niezły biznes, bardzo popularne są konwersacje przez Skype’a, Antonio liczy sobie 20€/h mimo iż jego angielski pozostawiał sporo do życzenia jak na nauczyciela. Wieczór spędziliśmy pijąc chińską zieloną herbatę przygotowaną w tradycyjny sposób. Antonio odłamał z dużego krążka kawałek suszu, wrzucił do małego dzbanka, zalał wrzątkiem i szybko płyn wylał obmywając przy tym filiżanki, sitko i wszystkie akcesoria, których będzie używał za chwilę. Mówił, ze pierwsze parzenie jest zawsze na straty i służy wypłukaniu zanieczyszczeń w herbacie. Kolejne parzenia były równie szybkie, ale tym razem przelewał herbatę z dzbanka, do innego dzbanuszka, przez sitko, aby żaden herbaciany listek się nie prześlizgnął i dopiero z tego drugiego naczynia rozlewał napar do malutkich filiżanek, raczej naparstków. Śmiał się przy tym, że gdy Chińczycy piją herbatę, zawsze wyglądają na bardzo zajętych, bo ta ceremonia uwzględnia mnóstwo przelewania – trudno się było z nim nie zgodzić.

My, Antonio i Szalony Tygrys.

My, Antonio i Szalony Tygrys. A pod stołem zestaw do parzenia herbaty.

Dzień 111

Dzień pod znakiem Buddy. Antonio zabrał nas do buddyjskiej, a więc i wegetariańskiej, restauracji, gdzie płaci się na wejściu 12 zł i je się do oporu. Cóż to było za miejsce, wegetariańskie niebo, mimo że oboje z Michałem mięso jemy, to bardzo cenimy sobie bezmięsną kuchnię. Do wyboru było z czterdzieści różnych półmisków z mnóstwem ciekawie przyrządzonych warzyw i tofu pod tysiącem postaci. Można też było skomponować swoje własne nudle, czy owsiankę ryżową, a do picia (również w cenie) były soki, herbata ziołowa i gorące mleko sojowe. Objedliśmy się jak dzikie świnki. Po brunchu, bardzo późnym śniadaniu, udaliśmy się na zwiedzanie naszej pierwszej świątyni buddyjskiej w Chinach; ta w Kunming ma podobno tysiąc lat. Cześć zachodnich turystów szuka w Chinach duchowej inspiracji i natchnienia, bo zen, buddyzm, itp. (co też bezwstydnie wykorzystuje choćby biznes hotelarski, szukając noclegów trafialiśmy na oferty drogich miejsc, ale „pełnych zen”). My w każdym razie do nich nie należymy. Buddyzm, jako filozofia, według której warto być dobrym i żyć w harmonii ze Wszechświatem, brzmi całkiem mądrze, ale mantry czy kadzidełka traktujemy bardziej jako ozdoby i folklor, aniżeli coś głębszego, choćby dlatego, że bardzo mało wiemy o tej religii. Przy okazji dowiedzieliśmy się, dlaczego tak trudno dostać tutaj krowie mleko. Tradycyjnie Chińczycy byli wegetarianinami, wraz z kulturą zachodu przybył również zwyczaj jedzenia mięsa, ale ze względu na silne wpływu hinduizmu nie dotyczyło to wołowiny. W Chinach hodowanie krów wciąż należy do rzadkości. Odbija się to zarówno na dostępie do steaków jak i mleka.

Buddyjska świątynia od wewnątrz.

Buddyjska świątynia od wewnątrz.

Kunming jest bardzo ładnym miastem, ma zaledwie 7 mln mieszkańców, co ułatwia komunikację, bo wszystko jest bliżej niż w takim Pekinie czy Szanghaju. Podobno jest to miasto wiecznej wiosny, cały rok kwitną tu kwiaty. Ze względu na to, że to południe Chin, jest ciepło, ale nie upalnie, bo Kunming leży na 1 tys. m.n.p.m. Tak jak w Maladze, brak w mieszkaniach ogrzewania, a że akurat trafiliśmy na jedne z najzimniejszych dni w roku (około 10 st. C) w mieszkaniu Antonio było również chłodnawo. I kolejna niespodzianka – brak ciepłej wody, bo całe osiedle korzysta z paneli słonecznych do ogrzewania wody, w końcu prawie cały rok świeci słońce. Ano właśnie, prawie, akurat doświadczyliśmy tego „prawie”.

Pytaliśmy Antonio, jak mu się żyje w Chinach, jako obcokrajowcowi. To, co podkreślał to to, że aby wieść tu w miarę przyzwoity żywot trzeba mieć albo dużo pieniędzy, albo dużo przyjaciół; on ma przyjaciół. Aż dziw, ze pochodzi z Milanu, a nie z Sycylii… Gdy kończyła mu się wiza turystyczna, a chciał się tu osiedlić już na stałe, zagadał do swoich przyjaciół, którzy załatwili mu wizę studencką, a żeby nie musiał się męczyć na zajęciach, zapisano go wirtualnie na jakiś prywatny uniwersytet. Przyjaciele przyjaciół pomogli mu też znaleźć pracę. mówi, że nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, bo gdy zachoruje, to na pewno znajdzie się jakiś znajomy lekarz, który wciągnie go bez kolejki. Antonio przed Chinami mieszkał również w Niemczech, Grecji i Norwegii, najdłużej w Skandynawii, ale mówi, że Europa Zachodnia jest dla niego skończona, że nie ma mu już nic do zaoferowania. Bardzo źle wyrażał się o zachodnich krajach, że ich mieszkańcy udają bogatych, ale tak naprawdę są puści w środku i nieszczęśliwy – analiza z tych okrutniejszych. Co ciekawe, bardzo sobie chwalił Polskę, jako kraj biedny, ale szczęśliwy. My na to, że hmmm, to ciekawe, bo dużo Polaków uważa swoją ojczyznę za depresyjną; Antonio: „Przeprowadźcie się do Norwegii na kilka lat, tak żeby faktycznie tam pomieszkać, a nie tylko zachwycać się fiordami, wtedy zobaczycie, co to znaczy depresyjny kraj”. Mieszkał blisko lotnisk Ryanaira i latał do Polski naładować baterie, nacieszyć się naszą spontanicznością, radością i jedzeniem, i wracał do ponurej Norwegii. To ci dopiero. Narzekał, że mimo iż kilka dobrych lat mieszkał w Norwegii, nigdy nie został zaproszony do norweskiego domu, a w Chinach już w pierwszych tygodniach się nim zaopiekowano i wcielono do lokalnej społeczności; że gdy w Norwegii idzie się na imprezę z własnym alkoholem, należy pić tylko to co się przyniosło, nikt się niczym nie dzieli i w ogóle Norwedzy są nudni i małostkowi. Dosyć obrażania Skandynawów.

Razem z Antoniem w mieszkaniu przebywał najbardziej szalony i agresywny kociak, jakiego widzieliśmy. Bez przerwy biegał po mieszkaniu, tu coś zrzucał, tu się czymś bawił, tu atakował ludzi, ale tylko gdy byliśmy do niego odwróceni tyłem i tylko pięty, podstępna bestia. Niestety, nie przerwał tego procederu na noc, co sprawiło, że sen mieliśmy przerywany ciągłymi obawami, czy to, co właśnie kociak szarpie to nie kurtka puchowa Michała lub karimata, albo to co teraz zrzucił i turla po podłodze, to czy nie jakaś nasza elektronika.

Apteka z lekami z tradycyjnej chińskiej medycyny.

Apteka z lekami z tradycyjnej chińskiej medycyny.

Dzień 112

W drodze z Kunming do Dali. Jechaliśmy pociągiem, naprzeciwko nas siedziała trzy osobowa rodzina. Ależ się zdziwiliśmy, gdy jako pociągową przekąskę wyciągnęli po ugotowanym ziemniaku. Ziemniak, niby nic egzotycznego, na pewno nie w Polsce, ale trudny do wyobrażenia, jako jedzenie podróżne,a tu chrupała go ze smakiem nawet trzyletnia dziewczynka. Przy okazji odkryliśmy ulubioną zupkę chińską Chińczyków – fioletowy kubełek, który po zalaniu wrzątkiem smakuje jak mocno pikantny kapuśniak; w jednej z saszetek, które się do niego wrzuca jest kiszona kapusta. Takie błyskawiczne nudle nie są tu postrzegane jako jedzenie studentów czy samotnych informatyków, w pociągu jedzą je wszyscy, nawet na ekranie w reality show bohaterowie od czasu do czasu wciągną taką zupkę.

Dali jest jednym z najpopularniejszych miejsc w Yunnanie. Jest to miasteczko położone na 2 tys m.n.p.m., kiedyś zagłębie backpackerskie, obecnie przeżywa najazd lokalnych turystów. Nasze pierwsze miasteczko, które faktycznie zasługuje na tę nazwę (40 tys. mieszkańców, zamiast szalonych milionów), i które można spokojnie przejść na nogach wzdłuż i wszerz. Bardzo tu zachodnio: mnóstwo kawiarni, barów, nawet restauracje serwujące steaki, a w nich sami Chińczycy. Antonio, na nasze narzekania, że jako biali jesteśmy tu dyskryminowali i chyba żaden lokals nie płaci kilkudziesięciu złotych za wejście na jakąś górę, rozwiał nasze wątpliwości mówiąc, że płacą, płacą, bo turystyka chińska jest głównie obliczona na Chińczyków, że absolutnie nie obchodzi ich garstka białych z Europy czy Stanów, jak mają swoich potencjalnych turystów ponad miliard. Zachodnie knajpy cieszą się podobną popularnością, jak u nas tajskie czy indyjskie jedzenie.

Nocleg mamy dziś dość nietypowy, bo śpimy w hostelu, ale na couchsurfingu, czyli za darmoszkę. Jeden z prowadzących ten przybytek oferuje couchsurferom 3 noce za darmo, potem trzeba już płacić. Z pewną satysfakcją obserwowaliśmy płacącą za ten sam hostel grupę Niemek – zniszczyli nam stolice, to niech teraz płacą. Hostel jest również w zachodnim stylu, ale niezwykle przytulny, aż chce się tutaj przebywać. Obsługa mówi bardzo dobrze po angielsku, jest tu pokój relaksu, gdzie można posiedzieć z komputerem czy książką, małe ale bogate w roślinność patio, dobra, ale trochę dla nas za droga restauracja. W każdym pokoju są duże zamykane szafki, czyli możemy bez obaw zostawić tam swoje rzeczy, mimo że śpimy w jednym pomieszczeniu z czterema innymi osobami.

Widok z dachu naszego Hostelu-Couchsurfingu w Dali.

Widok z dachu naszego Hostelu-Couchsurfingu w Dali.

Dzień 113

To, co jest najciekawszego w Dali, to położenie i architektura. Leży między dwoma pasmami górskimi tuż nad wielkim jeziorem. A zabudowa jest niska, maksymalnie dwupiętrowa, z mnóstwem wywiniętych dachów, drewnianych rzeźbionych zdobień, łuków. Takie przyjemne, średniowieczne miasteczko.

Aby zadbać trochę o nasze osmaganie wiatrem i opalenie słońcem (żebyśmy nie wrócili bladzi i rozleźli od tych wszystkich seriali), wybraliśmy się dzisiaj na 4-godzinny spacer po górach. Oczywiście musieliśmy się sporo nagimnastykować, aby ominąć bramki i obowiązek płacenia 25zł/os za wstęp, ale na północ od ostatniej bramki jest ścieżynka, która również prowadzi do punktu widokowego. Chińczycy to świetni biznesmeni, jeśli chodzi o dostrzeganie wszelkich okazji, by wyciągnąć trochę grosza od turystów. Czytaliśmy na przykład o innym super znanym miejscu w Yunnanie: Wąwozie Skaczącego Tygrysa, gdzie za wstęp płaci się kilkadziesiąt złotych, ale to nie koniec, bo w bardziej popularnych miejscach tego wąwozu, stoją panie, które pobierają dodatkowe opłaty, za możliwość zrobienia tam zdjęcia. Osobiście odpycha nas taki biznes, to jest tak inne od znanej nam kultury chodzenia po górach, że aż niesmaczne.

Odkryliśmy dzisiaj kolejny przyświątynny bufet wegetariański, trochę taki bar Caritas, bo za najedzenie się do syta płaciło się zaledwie 3zł. Wracaliśmy tam jeszcze dwa razy. Jedzenie co prawda było mało wyszukane, ryż i dużo warzyw, ale nie mogliśmy przejść obok takiej ilości błonnika i to w takiej cenie. Bliskość świątyni powodowała, że jadło się w rytm buddyjskich mantr, a samo wnętrze jadłodajni było bogato udekorowane posążkami Buddy i kolorowymi chorągiewkami. Klimatycznie.

Widok z góry na Dali i okoliczne wioski.

Widok z góry na Dali i okoliczne wioski.

Dzień 114

Ostatni dzień w Dali i kolejny spędzony na wracaniu do formy. Wypożyczyliśmy rowery (12zł/dzień) i planowaliśmy objechać jezioro o poetyckiej nazwie Jezioro w Kształcie Ucha. Cała pętla miała około 100 km, a przewodnik podawał, że wzdłuż brzegu na całej długości ciągnie się ścieżka rowerowa. Zachęceni tym opisem, wstaliśmy rano i szybko wyjechaliśmy. Pierwsze kilka kilometrów było urocze, wczesny poranek, prawie nikogo nad jeziorem, gładki szeroki asfalt. Niestety, po tych kilku kilometrach zaczęły się roboty drogowe i remonty, co wymuszało od nas czasochłonne i już nie tak malownicze objazdy wąskimi uliczkami przydrożnych wioseczek. Wioski też miały swój urok, ale do czasu. Po około 30 kilometrach zaczęły się perfidne remonty średnio co 20-30 metrów (sic!), gdzie trzeba było zjechać z asfaltu i zrobić mały łuk po piachu, okropny slalom. Wytrzymaliśmy tak jeszcze kilka kilometrów. Zajechaliśmy na półwysep na zdjęcia i ruszyliśmy z powrotem w stronę hostelu, ale tym razem po ruchliwej drodze, wraz z samochodami – mieliśmy dość objazdów i kluczenia. Po bokach w dolinie rozciągały się zielone pola, (ciekawe czy zbierają tutaj plony dwa razy w roku?); mimo zimy i grudnia, wokół wszystko kwitło i dojrzewało: rośliny strączkowe, cebula, ryż. Trwa też sezon na truskawki. Mijaliśmy truskawkowe pola, po których chodziły w ramach niedzielnego spaceru rodziny z dziećmi. Zbierali do koszyczków truskawki, które potem pani ważyła i sprzedawała – taka rodzinna rozrywka, zbieranie truskawek. Wyglądały pięknie: duże czerwone owoce, ale nie akceptujemy idei truskawek w grudniu, pewnie smakowały jak te hiszpańskie, czyli jak karton. Jak truskawki to tylko w Polsce i tylko w czerwcu.

Dali nocą.

Dali wieczorem.

W trakcie naszego couchsurfingowego pobytu w hostelu nie mieliśmy niestety okazji poznać chłopaka, który nam go w ogóle umożliwił. Pisaliśmy z nim kilka razy, że chętnie się spotkamy, że siedzimy tu i tu, on że będzie wieczorem, ale ani razu spotkanie nie doszło do skutku. No trudno.

Świątynia w Dali. Tuż obok buddyjska restauracja wegetariańska.

Świątynia w Dali. Tuż obok buddyjska restauracja wegetariańska.

Print Friendly

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail