or There and Back Again with photographs

Zażywając agroturystycznych uroków

Część z Was może wie, że znajdujemy się od marca na zesłaniu na wielkopolskiej wsi. Stwierdziliśmy, że zrobimy staż podyplomowy w Ostrowie Wlkp, w szpitalu powiatowym, bo nie mamy ochoty cisnąć się w wielkomiejskich klinikach. Mieszkamy z moimi rodzicami, co pozwala nam zaoszczędzić sporo pieniędzy, które normalnie wydalibyśmy na wynajem. Do wszystkich tych, którzy wieszczyli armagedon i zepsucie stosunków rodzinnych – myliliście się. Mamy się dobrze, rodzice też, jasne, że są różne drobne sytuacje konfliktowe i czasem rano musimy słuchać Jedynki Polskiego Radia zamiast Trójki (stacje zmienia ten kto wcześniej wstaje), ale tak to nie mogę złego słowa powiedzieć. Ten czas to też nieoczekiwanie bezpłatny kurs negocjacji i (w moim przypadku) mediacji ;)

No i korzystamy teraz pełnymi płucami z powietrza bez smogu, ale też z dużego warzywniaka, gdzie dojrzały już pyszne truskawki (w zasadzie to już się skończyły), skąd można czerpać bez końca szczypiorku i koperku, gdzie pięć rodzajów sałat czeka na ścięcie i wrzucenie do codziennej sałatki do pracy. Poza tym jesteśmy w trakcie strączkowej i kapuścianej uczty: wiadra fasolki szparagowej, bobu, groszku, kalarepki, kapusty, brokuły… Do tego jeszcze marchewkowe pole, z którego nie nadążamy wykopywać młodziutkej marchewki i ogórki, które prawie codziennie odwiedzamy, by nie pozwolić im przerosnąć i zakisić jak najmniejsze i najbardziej chrupkie. Gdzieniegdzie zaczynają się rumienić maliny i pomidorki. I to wszystko co prawda później niż na straganach, ale za to bez azotanów, na naturalnym nawozie. Bardzo mnie ów warzywniak ekscytuje, bo przez lata studiów w Poznaniu przywykłam do kupowania warzyw na rynkach lub po prostu w sklepach a tu taka miła odmiana. Ale też mam świadomość, że po powrocie do dużego miasta, nie będę miała warunków na podobne aktywności, ani też – mówiąc szczerze – zapału, bo nie mam takiej smykałki i motywacji, by dopieszczać grządki jak moja Mama.

Pszczoły

Praca wre

Życie na tym wiejskim zesłaniu to nie tylko warzywa z własnego ogródka. Kilka tygodni temu braliśmy z Michałem udział w czymś, co szumnie nazywam “świniobiciem”chociaż może to wprowadzać w błąd, bo my tej świni nie zabijamy, jedynie… przetwarzamy. Tata zamówił u rzeźnika i przywiózł półtuszkę, którą wszyscy przerabialiśmy w sobotę na  własną kiełbasę, pasztet, kaszankę. Pieskowi też co nieco skapneło. W czasach, gdy warto mieć zaufanego rolnika, rzeźnika, masarza i kwiaciarkę, to dopiero hipsteriada jak można coś samemu zrobić. Wegetarianie powiedzą “pff, nie robi to na nas wrażenia, tofu forever”, ale tu wcale nie chodzi o to, że my się tym mięchem objadaliśmy potem dwa tygodnie, ale o frajdę i umiejętności zrobienia pewnych przetworów samemu, o “jak to jest zrobione”. I tak najpierw rodzice podzielili co większe kawałki mięsa (polędwicę, schab, karkówkę, szynkę) na porcje do zamrożenia, do wykorzystania w przyszłości na obiad. Potem my zmieliliśmy łopatkę, część szynki na grubych oczkach i boczek (jako tłustsze mięso) na drobniejszych oczkach maszynki. Do mięsa dodaliśmy zmiażdżony czosnek, sól, pieprz duuużo majeranku. Następnie najtrudniejsza część: nabijanie mięsa do flaków (specjalnie przygotowanych jelit) przy pomocy specjalnej maszyny, która wyglądała jak wielka strzykawka Żaneta, tylko że z korbką zamiast tłoka i długim dzióbkiem. Właściwie to trudniejsze od samego nabijania jest proces zawijania, żeby z długachnej kiełbachy zrobić sześć już normalnych rozmiarów. Potem surowe kiełbaski lądowały na długim kiju a ów kij w domowej wędzarce, czyli wysokiej drewnianej skrzyni z ruchomą pokrywą, gdzie na dole paliło się (głównie dymiło) małe ognisko, a na górze wędziły się kiełbaski przez ok 3h.
Pasztet i kaszankę (z 6 rodzajami kasz) to już robili moi Rodzice, jako przetwory wymagające większych umiejętności, głównie znieczulicy estetycznej. No bo jak komuś przeszkadza babranie się w kaszy z krwią, czy mielenie na pasztet różnych dziwnych fragmentów, to nie da rady. Dodam tylko, że wychodzi im z tego babrania najsmaczniejsza kaszanka na świecie.

Specjalny widelec do otwierania komórek z miodem.

Poza świniobiciem uczestniczyliśmy również w miodobraniu. Od dwóch lat na naszym “pastwisku” dumnie stoją kolorowe ule. Na początku swojej pszczelarskiej działalności Tata miał tyko jeden mały ul, który magicznie rozmnożył do trzech. I przyszedł czas na ograbienie biednych pszczół z owocu ich pracy, tak skrzętnie ciułanego na zimę. Tata z Michałem ubrani w pszczelarskie wdzianka z kapeluszami z moskitierą i w kaloszach (bo rozwścieczona pszczoła zawsze znajdzie jakąś nieosłoniętą kostkę, by wyładować swoją frustrację z zaistniałej sytuacji) wyciągali ramki z miodem z uli. Taką ramkę najpierw trzeba odsklepić, czyli ostrym, odpowiednio wyprofilowanym widelcem zdejmuje się warstwę wosku, którą robotnice zamknęły ośmiokątne komórki z miodem. Pierwszy raz w życiu zrozumiałam, jak wygląda plaster miodu. Widok spływających złocistych kropelek jest hipnotyzujący. Odsklepione ramki wkłada się do metalowej wirówki, przypominającej starą pralkę Franię i kręci się korbką, by siła odśrodkowa zrobiła swoje i wyciągnęła miód z plastrów. Ten spływa po ściankach wirówki do garnka i nie sposób powstrzymać się od pierwszych (i kolejnych) degustacji, czy na pewno jest… słodki, albo czy bardziej akacjowy czy może lipowy. Z naszych skromnych trzech uli w tym roku po dwóch miodobraniach mamy niespełna 30 litrów miodu. W zeszłe wakacje było więcej, ale tym razem pogoda nie sprzyjała (długie zimne przedwiośnie) i na polach wokół nas jak na komendę zasiano samą kukurydzę, a wcześniej rosły tu żółte pola rzepaku.

Z odsklepionych komórek zostało sporo naturalnego wosku wymieszanego z miodem i różnymi zanieczyszczeniami. Michał wziął się za jego oczyszczenie i po kilku czasochłonnych podgrzewaniach/chłodzeniach/czyszczeniach/znów podgrzewaniach uzyskał żółciótką pachnącą miodem świeczuszkę. Ponieważ świeczek za bardzo nie używamy ostatecznie wosk wylądował w domowej roboty mydle na oleju kokosowym.. Może uda mi się namówić męża na post o jego domowej hipoalergicznej mydlarni ;)

Niby tylko spływający miód, ale dlaczego tak dziwacznie się układa?

Michał zafascynowany nowymi zwierzątkami domowymi przeszukiwał internet i sprzedawał mi później co ciekawsze informacje “z życia pszczół”. To, że królowa jest tylko jedna to wszyscy wiemy, resztę ulu stanowią robotnice i kilku obijających się trutni. Trutnie raz do roku rywalizują ze sobą, który zapłodni królową (to jej starcza na cały sezon znoszenia jaj z czerwem, czyli larwami pszczół), a potem wracają do ula, nic nie robią tylko zawadzają, aż na zimę wkurzone robotnice wyganiają je z ula i nasze nieroby giną z zimna. Morał – nie bądź nierobem, bo skończysz na ulicy. Każda z robotnic zbiera pyłek tylko z jednego rodzaju kwiatów, a jak któraś znajdzie dobrą miejscówkę pełną kwiatów wraca do ula i tańczy. Robi różne kółka, kręci się i macha odwłokiem, a w ten sposób koduje kierunek, odległość, kąt nachylenia do słońca, pod jakim trzeba lecieć by znaleźć nowo odkryte źródło pyłku. I to wszystko bez Google maps! Niesamowite owady.

Z jeszcze innych własnych “wyrobów” to na początku czerwca udaliśmy się z siatami i nożyczkami na obcinanie kwiatów czarnego bzu. Najpierw z drzew urywaliśmy wielkie mdło pachnące kwiatostany, by je później rozłożyć na blacie stołu do ping ponga i ususzyć. Ususzone poobcinaliśmy raz jeszcze – tym razem same kwiatuszki, które już niedługo wylądują w czajniku z miętą i dowolną mieszanką herbat, albo nawet same. Oboje uwielbiamy herbatę z czarnego bzu a kupowanie małych paczuszek w sklepach z ziołami jest po prostu nieekonomiczne. Zwłaszcza, że niedaleko domu pleni się to niczym chwast i to z dala od dróg i autostrad, a jaką mam gwarancję czystości kupnego suszu?

Czarny bez i jego niezliczone zastosowania w ziołolecznictwie. Od starożytnego Egiptu po Indian z Ameryki Południowej. Zdjęcie Wikipedia Commons Radomil

Mogłabym się jeszcze porozwodzić nad bliskością Dziadków i ich kóz, a co za tym idzie dostawami świeżego koziego sera i robionych przez nich pysznych oscypków… Ale co ja Wam będę robić niepotrzebnie apetyt. Za to jak przyjeżdżamy do Poznania to na nowo odkrywam rowery miejskie, tramwaje, możliwość zjedzenia w fajnej knajpce na Śródce, czy gorących pączków na Jeżycach. Z jednej strony ma to swoje plusy – w Ostrowie w ogóle (sic!) nie tracimy na jedzenie czy piwo na mieście, ale miło będzie wrócić w przyszłym roku do Poznania :)

Print Friendly, PDF & Email

5 Comments

  1. Daria Łuczak Daria Łuczak
    23 July 2017    

    Super, pięknie to opisałaś, aż żałuję, że nie mam takich możliwości – moi rodzice, mimo mieszkania na wsi, zupełnie nie zajmują się żadnego rodzaju uprawą.
    My na staż też wybraliśmy mały szpital powiatowy pod Łodzią – dojazd mamy nawet lepszy, niż do centrum. Jak Wy oceniacie miejsce stażu pod kątem porównania do kliniki w mieście?
    Pozdrawiamy Daria i Maciek

    • Ania Ania
      3 October 2017    

      Bardzo pozytywnie i absolutnie nie żałujemy, że nie ma nas w klinikach. Poza nami w szpitalu są jeszcze dwie stażystki, przez co mamy sporą dowolność w wyborze oddziałów na których chcemy spędzać więcej bądź mniej czasu w zależności od naszych zainteresowań ;)

  2. Nn Nn
    24 July 2017    

    Wegetarianie powiedza: nie ma to jak mielić zwłoki i upychać w jelito denata.

    • Ania Ania
      3 October 2017    

      Różni ludzie mówią różne rzeczy.

  3. 17 August 2017    

    Jak się okazuje, wpisy z własnego podwórka nie są wcale takie nudne w porównaniu do wpisów o wojażach zagranicznych :) lekkie pióro to i czyta się przyjemnie; pozdrawiam!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Archive

Subscribe

e-mail